![]() |
| Największe nietoperze świata. |
W rzeczony weekend
poświęciliśmy polską ekipą dużo czasu zwierzętom. Dlaczego?
Otóż, jakiś czas temu Krzysiek (który notabene się z nami nie
wybrał) znalazł promocyjny bilet do zoo: za wstęp do Singapore
Zoo, Night Safari i Jurong Bird Park „tylko” 40 dolarów! Fakt,
jakby kupowało się wszystko oddzielnie to by było 70, a nie w
promocji to 58 – ale i tak ponad 100 złotych za 3 razy zoo? Drogo.
![]() |
| Zoo z poczuciem humoru. |
W sobotę przed
południem przejechaliśmy się przez prawie cały Singapur do zoo.
Znajduje się ono w rejonie Woodlands, czyli tuż pod granicą z
Malezją. Sam dojazd zajął nam ponad godzinę, a na miejscu okazało
się że jest tylko zoo z infrastrukturą. Nie ma w pobliżu żadnych
osiedli ani nic, co by wskazywało że można tu zjeść cokolwiek,
nawet ciastka ze sklepu, bez kilkuset procent przebitki. Dlatego
wybraliśmy KFC, co nie było najszczęśliwszym pomysłem bo summa
summarum zapłaciliśmy nawet więcej. Ale udało się namówić
dojeżdżającą później Karolinę by nam coś kupiła w jakimś
ludzkim miejscu.
Singapurskie zoo jest
dość nowe, ma ze 40 lat. Jest ono jedną z flagowych inwestycji
miasta (bo i zielone i zapewnia rozrywkę w weekendy, żeby
przypadkiem nie zaczęli czegoś konstruktywnego robić) i to widać.
Wszystko albo nowe albo wygląda na nowe/dobrze trzymające się.
Zwierzęta mają dość spore klatki i nie wyglądają na szczególnie
nieszczęśliwe, chociaż ciężko mi oceniać istoty w niewoli.
![]() |
| Podobno mają jakoś podcinane skrzydła, żeby nie odleciały. Coś w tym jest, skoro tak luzem siedzą pod otwartym niebem... |
W menażerii dominują
oczywiście zwierzęta z tropików. Są zarówno małpy, tygrysy,
kapibary jak i niedźwiedzie (nie zauważyłem nigdzie pandy którą
się reklamują), fauna australijska (minąłem się z kangurami,
widziałem tylko węże) czy afrykańska. Oczywiście długo można
wymieniać, zarówno to co było jak i to czego zabrakło. W żadnym
zoo nie zobaczy się wszystkiego, ale brak goryla dziwi, nie
wynagrodzi mi go nadmiar orangutanów.
W amfiteatrze odbywały
się różne pokazy – udało nam się załapać na „Rainforest
strikes back” (edukacyjną dykteryjkę dla dzieci dlaczego lasy
deszczowe są ważne i fajne) oraz „Splash show” (pokaz
umiejętności bardzo sympatycznego lwa morskiego). Mimo upału i
duchoty warto było je obejrzeć, bo były zarówno ciekawe jak i
wliczone w cenę biletu, czego nie dało się powiedzieć o
uczestnictwie w karmieniu. W ściśle określonych godzinach za 5
dolarów można było wziąć od opiekuna zwierzęcia pożywienie i
poczęstować zwierzaka.
![]() |
Wieczorem tego dnia,
już po zamknięciu zoo, wraz z Henrykiem poszliśmy na Night Safari
podczas gdy reszta się wykruszyła. Obie z tych decyzji miały swe
plusy i minusy – my dość szybko zrezygnowaliśmy z powodu
zmęczenia materiału, oni będą musieli przyjechać na odludzie
jeszcze raz w ciągu najbliższych dni (ważność karnetu to 4 dni
od pierwszego wejścia).
Night Safari to po
prostu zoo nocą. Mieliśmy zapewnioną przejażdżkę turystycznym
busikiem, takim otwartym i przewiewnym, podczas której przewodnik
opisywał mijane zwierzęta nocne. Następnie można było sobie
dokładniej wszystko pozwiedzać na piechotę, ale zarówno to jak i
pokazy tańczących z ogniem i jakichś zwierząt sobie darowaliśmy,
zmęczeni całym dniem. Ciekawe doświadczenie, ale nie wiem czy bym
sobie je zafundował gdyby nie było w cenie karnetu.
Niedziela stanęła pod
znakiem Jurong Bird Park. Znajduje się on w innym miejscu, też
daleko, ale w zamieszkanej okolicy. Na mniejszej niż zoo powierzchni
znajdowało się mnóstwo ptaków z całego świata. Przyjechaliśmy
koło 14:30 i gdy zamykali o 18 mogłem powiedzieć że niby cały
przeszedłem, ale ostatnią ¼ praktycznie przebiegłem w 40 minut by
chociaż rzucić okiem. Z tego też powodu nie pogawędziłem z
napotkaną polską rodziną, gdyż wybierali się w stronę już
przeze mnie obejrzaną.
![]() |
| Żółw znaleziony w JBP. |
Tak jak zoo, JBP
oferował pokazy. Zrezygnowałem z edukacyjnego programu dla dzieci,
ale obejrzałem King of the Sky, o sokołach, orłach i sowach.
Zwierzęta, tak jak w zoo, były wyśmienicie wytrenowane i pojawiały
się wśród publiczności. Wprawdzie nie schowali węża pod ławką,
jak w sobotę, ale sowa prawie walnęła mnie skrzydłem przelatując
tuż nade mną. To prawda co o nich piszą, rzeczywiście latają
bezszelestnie!
![]() |
| Mam całą kolekcję zdjęć papug w tej pozycji. |
Zadowolony z kontaktu z
przyrodą (mocno przepłaconym, ale cóż – takie ceny) wybrałem
się zresztą do Chinatown zobaczyć czy dzieje się tam coś
specjalnego. Karolina mówiła, że trwa jakiś miesiąc duchów i
powinno być ciekawie, ale nie było nic nadzwyczajnego. Stragany,
pamiątki, jedzenie, lampiony – fajne, ale nic czego bym nie
widział wcześniej. Przynajmniej spróbowałem szanghajskich Long
Bao – robionych na parze pyz z mięsem, podawanych z posiekanym
imbirem. Smaczne, a z sosem sojowym z obowiązkowym chili jeszcze
lepsze. Chociaż nic nie przebije czosnkowej wołowiny Henryka –
była genialna, chociaż droższa niż zwykłe danie w food courcie
(8$, podczas gdy ja za 6 miałem posiłek wraz z banana milkshakiem).
EDIT:
Notkę napisałem w niedzielę, gdy za oknem hałasowali Hindusi i nie mogłem spać. Wrzucam dopiero dzisiaj, bo trzeba było dodać zdjęcia. A co się zdarzyło w międzyczasie? JEDZENIE!
W poniedziałek po spotkaniu grupy laboratoryjnej wybraliśmy się na lunch integracyjny, tym razem do czegoś aspirującego do miana knajpy, a nie food courtu. Było świetnie! Za 6 dolarów (trochę ponad 15zł) dostałem niezłe danie i kubek oraz pucharek na lody. Co do nich włożę/naleję i w jakich ilościach było tylko moją sprawą, więc kursowałem do ekspresu i zamrażalnika dość często.
O ile ten lunch zjadłęm dość wcześnie, to długo trzymało mnie najedzenie. Nawet gdy wybierałem się wieczorem z Tomaszem na koreańskie barbeque, które zakupiliśmy na grouponie. Ale jak zapłaciliśmy po 16 dolarów i zarezerwowaliśmy stolik, to trzeba było.
![]() |
| Grill na podczerwień, w tle kilka talerzyków - każdy miał ich po 3 czy 4. |
Jako że restauracja działała na zasadzie buferu, siedzieliśmy dwie godziny sami sobie smażąc i gotując najróżniejsze mięsa, owoce morza, dodatki i rzeczy które nie wiem czym były. Było to niezłe, aczkolwiek chyba wolę posiłki przygotowane przez kogoś innego. Tu definitywnie brakowało mi wprawy w przyrządzaniu i przyprawianiu - zwłaszcza kraby sprawiały mi problemy. W sumie najbliższy stolik i jedyna mówiąca po angielsku kelnerka spędzili trochę czasu pokazując mi jak powinienem to robić. Co ciekawe, ci mili ludzie byli pierwszymi z napotkanych w Singapurze Azjatów nie wiedzących gdzie leży Polska - musiałem dodać że w Europie, to się uśmiechnęli i pokiwali głowami ze zrozumieniem. Ale wieczór i tak był udany, jeszcze długo czułem przyjemny ciężar jedzenia.



















