poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Zwierzęcy weekend

Po dwóch latach wiernej służby w ciężkich warunkach polowych mój aparat się poddał. próbuję jeszcze wskrzeszania korzystając z narzędzi w labie, ale póki co zdjęcia mam tylko z telefonu lub od kogoś innego.

Największe nietoperze świata.

W rzeczony weekend poświęciliśmy polską ekipą dużo czasu zwierzętom. Dlaczego? Otóż, jakiś czas temu Krzysiek (który notabene się z nami nie wybrał) znalazł promocyjny bilet do zoo: za wstęp do Singapore Zoo, Night Safari i Jurong Bird Park „tylko” 40 dolarów! Fakt, jakby kupowało się wszystko oddzielnie to by było 70, a nie w promocji to 58 – ale i tak ponad 100 złotych za 3 razy zoo? Drogo.
Zoo z poczuciem humoru.


W sobotę przed południem przejechaliśmy się przez prawie cały Singapur do zoo. Znajduje się ono w rejonie Woodlands, czyli tuż pod granicą z Malezją. Sam dojazd zajął nam ponad godzinę, a na miejscu okazało się że jest tylko zoo z infrastrukturą. Nie ma w pobliżu żadnych osiedli ani nic, co by wskazywało że można tu zjeść cokolwiek, nawet ciastka ze sklepu, bez kilkuset procent przebitki. Dlatego wybraliśmy KFC, co nie było najszczęśliwszym pomysłem bo summa summarum zapłaciliśmy nawet więcej. Ale udało się namówić dojeżdżającą później Karolinę by nam coś kupiła w jakimś ludzkim miejscu.

Singapurskie zoo jest dość nowe, ma ze 40 lat. Jest ono jedną z flagowych inwestycji miasta (bo i zielone i zapewnia rozrywkę w weekendy, żeby przypadkiem nie zaczęli czegoś konstruktywnego robić) i to widać. Wszystko albo nowe albo wygląda na nowe/dobrze trzymające się. Zwierzęta mają dość spore klatki i nie wyglądają na szczególnie nieszczęśliwe, chociaż ciężko mi oceniać istoty w niewoli.
Podobno mają jakoś podcinane skrzydła, żeby nie odleciały. Coś w tym jest, skoro tak luzem siedzą pod otwartym niebem...

W menażerii dominują oczywiście zwierzęta z tropików. Są zarówno małpy, tygrysy, kapibary jak i niedźwiedzie (nie zauważyłem nigdzie pandy którą się reklamują), fauna australijska (minąłem się z kangurami, widziałem tylko węże) czy afrykańska. Oczywiście długo można wymieniać, zarówno to co było jak i to czego zabrakło. W żadnym zoo nie zobaczy się wszystkiego, ale brak goryla dziwi, nie wynagrodzi mi go nadmiar orangutanów.

W amfiteatrze odbywały się różne pokazy – udało nam się załapać na „Rainforest strikes back” (edukacyjną dykteryjkę dla dzieci dlaczego lasy deszczowe są ważne i fajne) oraz „Splash show” (pokaz umiejętności bardzo sympatycznego lwa morskiego). Mimo upału i duchoty warto było je obejrzeć, bo były zarówno ciekawe jak i wliczone w cenę biletu, czego nie dało się powiedzieć o uczestnictwie w karmieniu. W ściśle określonych godzinach za 5 dolarów można było wziąć od opiekuna zwierzęcia pożywienie i poczęstować zwierzaka.

Wieczorem tego dnia, już po zamknięciu zoo, wraz z Henrykiem poszliśmy na Night Safari podczas gdy reszta się wykruszyła. Obie z tych decyzji miały swe plusy i minusy – my dość szybko zrezygnowaliśmy z powodu zmęczenia materiału, oni będą musieli przyjechać na odludzie jeszcze raz w ciągu najbliższych dni (ważność karnetu to 4 dni od pierwszego wejścia).

Night Safari to po prostu zoo nocą. Mieliśmy zapewnioną przejażdżkę turystycznym busikiem, takim otwartym i przewiewnym, podczas której przewodnik opisywał mijane zwierzęta nocne. Następnie można było sobie dokładniej wszystko pozwiedzać na piechotę, ale zarówno to jak i pokazy tańczących z ogniem i jakichś zwierząt sobie darowaliśmy, zmęczeni całym dniem. Ciekawe doświadczenie, ale nie wiem czy bym sobie je zafundował gdyby nie było w cenie karnetu.

Niedziela stanęła pod znakiem Jurong Bird Park. Znajduje się on w innym miejscu, też daleko, ale w zamieszkanej okolicy. Na mniejszej niż zoo powierzchni znajdowało się mnóstwo ptaków z całego świata. Przyjechaliśmy koło 14:30 i gdy zamykali o 18 mogłem powiedzieć że niby cały przeszedłem, ale ostatnią ¼ praktycznie przebiegłem w 40 minut by chociaż rzucić okiem. Z tego też powodu nie pogawędziłem z napotkaną polską rodziną, gdyż wybierali się w stronę już przeze mnie obejrzaną.
Żółw znaleziony w JBP.
Tak jak zoo, JBP oferował pokazy. Zrezygnowałem z edukacyjnego programu dla dzieci, ale obejrzałem King of the Sky, o sokołach, orłach i sowach. Zwierzęta, tak jak w zoo, były wyśmienicie wytrenowane i pojawiały się wśród publiczności. Wprawdzie nie schowali węża pod ławką, jak w sobotę, ale sowa prawie walnęła mnie skrzydłem przelatując tuż nade mną. To prawda co o nich piszą, rzeczywiście latają bezszelestnie!
Mam całą kolekcję zdjęć papug w tej pozycji.

Zadowolony z kontaktu z przyrodą (mocno przepłaconym, ale cóż – takie ceny) wybrałem się zresztą do Chinatown zobaczyć czy dzieje się tam coś specjalnego. Karolina mówiła, że trwa jakiś miesiąc duchów i powinno być ciekawie, ale nie było nic nadzwyczajnego. Stragany, pamiątki, jedzenie, lampiony – fajne, ale nic czego bym nie widział wcześniej. Przynajmniej spróbowałem szanghajskich Long Bao – robionych na parze pyz z mięsem, podawanych z posiekanym imbirem. Smaczne, a z sosem sojowym z obowiązkowym chili jeszcze lepsze. Chociaż nic nie przebije czosnkowej wołowiny Henryka – była genialna, chociaż droższa niż zwykłe danie w food courcie (8$, podczas gdy ja za 6 miałem posiłek wraz z banana milkshakiem).

EDIT:
Notkę napisałem w niedzielę, gdy za oknem hałasowali Hindusi i nie mogłem spać. Wrzucam dopiero dzisiaj, bo trzeba było dodać zdjęcia. A co się zdarzyło w międzyczasie? JEDZENIE!
W poniedziałek po spotkaniu grupy laboratoryjnej wybraliśmy się na lunch integracyjny, tym razem do czegoś aspirującego do miana knajpy, a nie food courtu. Było świetnie! Za 6 dolarów (trochę ponad 15zł) dostałem niezłe danie i kubek oraz pucharek na lody. Co do nich włożę/naleję i w jakich ilościach było tylko moją sprawą, więc kursowałem do ekspresu i zamrażalnika dość często. 


O ile ten lunch zjadłęm dość wcześnie, to długo trzymało mnie najedzenie. Nawet gdy wybierałem się wieczorem z Tomaszem na koreańskie barbeque, które zakupiliśmy na grouponie. Ale jak zapłaciliśmy po 16 dolarów i zarezerwowaliśmy stolik, to trzeba było.
Grill na podczerwień, w tle kilka talerzyków - każdy miał ich po 3 czy 4.

Jako że restauracja działała na zasadzie buferu, siedzieliśmy dwie godziny sami sobie smażąc i gotując najróżniejsze mięsa, owoce morza, dodatki i rzeczy które nie wiem czym były. Było to niezłe, aczkolwiek chyba wolę posiłki przygotowane przez kogoś innego. Tu definitywnie brakowało mi wprawy w przyrządzaniu i przyprawianiu - zwłaszcza kraby sprawiały mi problemy. W sumie najbliższy stolik i jedyna mówiąca po angielsku kelnerka spędzili trochę czasu pokazując mi jak powinienem to robić. Co ciekawe, ci mili ludzie byli pierwszymi z napotkanych w Singapurze Azjatów nie wiedzących gdzie leży Polska - musiałem dodać że w Europie, to się uśmiechnęli i pokiwali głowami ze zrozumieniem. Ale wieczór i tak był udany, jeszcze długo czułem przyjemny ciężar jedzenia.
Krab, homar piaskowy, krewetki, mięsa... A to tylko jedna z wielu porcji jakie zjadłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz