sobota, 30 czerwca 2012

Wyspy


Zdzwoniłem się dzisiaj z Arkiem i luźno umówiliśmy się na telefon koło wieczoru by ustalić co możemy zrobić w niedzielę. Dlaczego nie dzisiaj? Bo zadzwonił do mnie rano Michał (ten z Mikrusa) i zaproponował żebyśmy przejechali się na wyspę Palau Ubin na wschód od Singapuru. Zabrałem Tomka (i próbowałem wziąć Karolinę ale zaspała więc dojeżdżała sama) i pojechałem na spotkanie. Był Michał z Asią oraz Janek z Nawani – w połowie z Francji, w połowie z Kambodży. Palau Ubin jest bardzo daleko jak na miejscowe warunki – dojazd zajął nam sporo ponad godzinę, ale zaliczyliśmy parę przesiadek, w tym na łódkę.


Na wyspie było przyjemnie. Podobno to kiedyś była kopalnia odkrywkowa której pozwolono zarosnąć i przekształcono w park. Na miejscu można było obejrzeć trochę tropikalnej roślinności (bananowce, palmy kokosowe, drzewa z duranami i inne), zobaczyć las namorzynowy, dzikie świnie i podobno kawałek Indonezji.





Można było wypożyczyć rower za 2$, ale postanowiliśmy się przejść i zrobiliśmy z 10 kilometrów, tak dla zdrowia. Wprawdzie obejrzeliśmy tylko główną atrakcję wyspy zamiast całej, ale nie żałuję.

Gdy już wróciliśmy do przystani okazało się że jedziemy na inną wyspę, po drugiej stronie Singapuru – na plażę na Sentosę. Żeby tam dojechać też musieliśmy skorzystać ze specjalnego środka transportu, tym razem z oddzielnej kolejki (bilet w obie strony 3$, za taką trasę w komunikacji publicznej zapłaciłbym najwyżej 1,5$). Na miejscu powitało nas ogromne centrum rozrywki, z plażami z importowanym piaskiem, drogimi knajpami i jeszcze droższymi atrakcjami typu oceanarium czy Universal Studios. Polska ekipa z domieszkami zasiadła sobie spokojnie na plaży, ale dzisiaj skończyliśmy wcześniej. Daliśmy radę wrócić jeszcze metrem, co pozwoliło trochę zaoszczędzić na taksówce. Wszyscy doktoranci, zarówno z NTU, ASTARU, czy NGSu mocno zachęcają do rozważenie propozycji przyjechania tu na doktorat i na nic tłumaczenie że jeszcze nawet nie zacząłem swojego stażu i nie wiem jak mi się pracuje z ludźmi tutaj. Ale trzeba im przyznać, że warunki finansowe mogą być albo dobre albo bardzo dobre, w zależności od typu studiów...

piątek, 29 czerwca 2012

29.06 – Immersion Programme p.2


Mieliśmy udać się na wycieczkę po mieście, dlatego znowu czekała nas barbarzyńska pobudka po 7 rano. Jednak nie wszyscy wstali – z 5 Polaków tylko ja i Tomek daliśmy radę. Pozostali mają czego żałować, bo zwiedzanie zdecydowane można uznać za udane. Nie dam rady opowiedzieć o całym, ale przynajmniej postaram się streścić.

Naszym przewodnikiem był dość młody Chińczyk o bardzo, ale to bardzo żywym podejściu. Cały czas śmiał się, żartował, śpiewał i mówił. Dał radę jakoś zaangażować grupę w to co mówił i obwiózł nas po prawie całej centralnej części miasta.

Zaczęliśmy od obejrzenia dwóch świątyni odległych od siebie o jakieś 50 metrów. Pierwsza, hinduska, musiała być zwiedzana na bosaka, ale za to była bogato zdobiona. Wszędzie były rzeźby wysadzane błyszczącymi kamieniami i pokryte złotopodobną emalią. Świątynia składała się z korytarza idącego naokoło średniej rozmiarów salki i wyglądało na to, że wierni modlą się przy odpowiadających im rzeźbach.




Za to świątynia numer 2, chyba szintoistyczna, była dość prosta, za to z centralnie umieszczonym czymś na kształt ołtarza. Dużo osób paliło kadzidła w czasie modlitwy, a sporo potrząsała pudełkiem pełnym patyczków i wróżyła z tego co wypadło.

Następnie udaliśmy się na Arab Street, gdzie otoczyły nas sklepy z dywanami, tkaninami i kebabem – wiem już gdzie będę się stołował jak mi się znudzi chińszczyzna. Podobno wieczorami ulice stają się nieprzejezdne, bo wszyscy stoją sobie na środku i popalają sziszę.

Gdy przyszedł czas na lunch wybraliśmy się do jakiejś knajpki, ktoś twierdził że jest ona indyjska ale nie byłbym taki pewny. Przypominała mi trochę warszawskiego chińczyka – byłą ryba w panierce jak kurczak Binh Minh, kurczak chrupiący, smażony ryż... Były też rzeczy niespotykane, typu czerwona fasola z mlekiem kokosowym – chyba uznawana za deser, o bardzo oryginalnym, słodko-fasolowym smaku.

Przejechaliśmy się następnie do centrum poświęconego urbanistyce – dysponowało ono wieloma makietami pokazującymi jak wyglądał Singapur, jak wygląda teraz i jak będzie wyglądał. Mam wrażenie, że uwielbiają makiety w niemal tym samym stopniu co skróty (NUS, ASTAR etc).



Gdy dojechaliśmy nad wybrzeże, przeszliśmy wzdłuż szpaleru palm. Pod palmami można było zobaczyć tabliczki, a na jednej z nich znalazłem polską flagę. Okazało się, że w 2010 w Singapurze odbywały się pierwsze młodzieżowe igrzyska olimpijskie.




Kiedy chciałem kupić sobie loda przeżyłem drobne zaskoczenie. Pan z wózkiem z lodami (certyfikowany! Miał pozwolenie od sanepidu przyczepione do parasola, jak zresztą każdy sprzedawca żywności w tym mieście) miał na dłoni plastikową rękawiczkę którą wyciągał z zamrażarki kostki lodów, okładał dwoma cienkimi wafelkami i kawałkiem woreczka foliowego i następnie podawał tak przygotowanego loda. Ciekawa alternatywa dla lodów na patyku.




W tle - najdroższy hotel Singapuru z basenem na dachu






DNA bridge







Idąc nabrzeżem i mijając centrum finansowe znaleźliśmy się na Marina Bay – nowoczesnej dzielnicy rozrywki i burżuazji. W całości powstała na terenie wydartym morzu. Znajduje się tu jedna z głównych punktów zbiorczych turystów Singapuru – Merilion. Jest to rzeźba głowy lwa z ciałem ryby, mająca odzwierciedlać miasto i jego historię – z wioski rybackiej do miasta lwa. Następnie wybraliśmy się na wycieczkę taksówką wodną po zbiorniku wodnym, który kiedyś był rzeką.

Po ogarnięciu się w hostelu wyruszyliśmy na imprezę pożegnalną wczoraj poznanej Polki – Ani. Zebraliśmy się na moście w okolicach Clarke Quay i poznałem sporo miejscowych Polaków – głównie z AGH, ale znalazłem 3 osoby z PW, w tym człowieka który prowadził kiedyś metę w Mikrusie. Posiedzieliśmy sobie przyjemnie na niewielkim mostku nad kanałkiem w imprezowej okolicy, a następnie zostało zarządzone wyjście do klubu. Nie podobał mi się specjalnie ten plan, ale skoro mieliśmy iść na dach najwyższego singapurskiego wieżowca jakoś się przemogłem. Panorama była genialna! Wprawdzie nie chcieli wpuścić kolegi, bo się nie przebrał, ale jakiś Singapurczyk zaproponował że weźmie go do domu i mu pożyczy ubranie – zajęło im to z półtorej godziny, ale się udało. Po wchłonięciu widoków przeszliśmy się jeszcze po tętniącej życiem dzielnicy i wróciliśmy taksówką do hostelu. Tym samym moje plany typu „Nie będę imprezował” zostały unieważnione – zwłaszcza że z rana dostałem telefon z propozycją wypadu na jakąś wyspę niedaleko. Zobaczymy co z tym zrobię, póki co trzeba zdzwonić się z Arkiem i sprawdzić czy uda nam się umówić.

czwartek, 28 czerwca 2012

Immersion Programme p.1



Dzień 3 – 28.06.2012

Zaczęliśmy wcześnie, bo o 9 rano mieliśmy umówione spotkanie z resztą uczestników programu. Przyjechaliśmy, spotkaliśmy ludzi na stacji, chwilę pomilczeliśmy w socjalnym kółeczku i zostaliśmy o 9:02 zaprowadzeni do autobusu, mimo że nie wszyscy jeszcze byli. Na początku podziwialiśmy Singapurczyków za ordnung, ale jednak poczekaliśmy na spóźnialskich, tyle że w mocno klimatyzowanym autobusie. Przy okazji zobaczyłem coś, z czym nie spotkałem się w Polsce (może gdzieś jest, ale nie widziałem), a mianowicie miejsca parkingowe dla motorów:


Gdy już zebraliśmy wesołą gromadkę przejechaliśmy się do siedziby Contact Singapore, gdzie po krótkim powitaniu i zapoznaniu przedstawiono nam czym jest A*STAR (Agency for Science, Technology and Research), czym się zajmuje, co nam może zaoferować (staż, doktorat, postdoka, wszystko mocno finansowane). Koordynatorka była młoda i bardzo sympatyczna, całkiem ciekawie było też posłuchać o różnych rzeczach, w tym dość abstrakcyjnych (stopa bezrobocia na poziomie 2%? Nie wierzę...) Czekała nas przejażdżka do kompleksu A*STARu i lunch. Przed wejściem okazało się, że na wieżowcu jest napis symbiosis - zupełnie jak nazwa naszej niedawnej konferencji.


Poczęstowali nas ogromną ilością miejscowego jedzenia, które znacznie bardziej mi smakowało niż samodzielnie kupowane potrawy. Był m.in. ryż z warzywami, makaron sojowy, kurczak w lekko pikantnym sosie, ale też filet rybny z sosem tatarskim. W trakcie lunchu ruszyła integracja i okazało się, że najlepiej się czuję w towarzystwie Amerykanów (głównie Kalifornijczycy: Berkeley, San Diego, Santa Cruz), Kanadyjczyków i Niemca. Bardzo przyjemnie było sobie z nimi porozmawiać, zwłaszcza jak porównywaliśmy swoje kraje. Kanadyjczyk ledwie mi wierzył w to, że w Warszawie jest jedyna polska linia metra, skoro on w swoim milionowym Montrealu ma... (musiał policzyć).. z 5.
Ciekawostka - na ponad 1000 aplikujących przyjęto 51 osób (w tym mnie, a przesłałem tylko połowę wymaganych dokumentów, bo zapomniałem o CV). Tylko 7 osób będzie pracować na National University of Singapore (NUS), ale za to troje Polaków (w tym ja). Jest dużo Amerykanów i Koreańczyków, sporo Turków i Polaków i pewien przegląd po Europie i Azji.
Pokazano nam też praktyczniejszą stronę ASTARu: showroom z gadżetami opartymi o ich technologie – np. recyklowalne okulary z materiałów odpadkowych, grę dla dzieci z ADHD gdzie postać kontroluje się poprzez koncentrowanie się czy szpitalne łóżko naszpikowane sensorami (czy pacjent oddycha, jak często, czy się rusza i wiele innych parametrów).

Następnie udaliśmy się na teren NUS, gdzie przedstawiono nam ofertę NGS (NUS Graduate School) – w tym możliwość zrobienia doktoratu po inżynierce, bez konieczności robienia magistra! Oczywiście mocno dofinansowane, bardzo kusi...

Zapewniono nam też poczęstunek i konwersacje z kilkoma studentami z różnych krajów i tu niespodzianka – jeden przedstawił się jako Michał. Szybko się dogadaliśmy i po zakończeniu oficjalnej części programu przeszliśmy się z nim trochę po mieście. Pokazał nam kawałek Orchard Road – miejsca gdzie dom handlowy stoi obok domu handlowego, a w jednym z wieżowców biuro wynajmuje polska ambasada. Gdzieś w tej okolicy zorganizowała ona wraz z placówką ukraińską wielką transmisję meczu otwarcia mistrzostw, mimo iż piłka nożna nie jest tu najpopularniejszym sportem.

Okazało się też, że krople do oczu, zwłaszcza dla użytkowników soczewek, są niezbędne. Wszechobecna klimatyzacja szybko suszy oczy i powoduje dyskomfort. Przy okazji odkryłem, że część kosmetyków jest importowanych z Polski lub bliskiej okolicy – można było zaobserwować polski jako pierwszy język na niektórych opakowaniach.

Krakusy wybrały chwilę przerwy w hostelu i gdzieś zniknęli, a my z Michałem i jego dziewczyną, Anią, poszliśmy na piwo. Mimo iż jest to miasto zakazów (pełniących raczej rolę odstraszacza niż prawdziwej kary) można tam swobodnie pić alkohol na ulicach. Obejrzeliśmy wybrzeże, po którym zostaniemy jutro oprowadzeni (naprawdę imponujące, zwłaszcza że tuż obok są setki wieżowców).



Orzeźwiająca bryza znad wody, ładna okolica i pokaz laserów z jakiegoś burżujskiego hotelu bardzo umiliły nam wieczór. Jako że każdy ma trochę na głowie rozeszliśmy się przed 22. Wprawdzie niektórzy planują obejrzeć półfinał Niemcy-Włochy, ale 2:30 jako godzina startu całkiem skutecznie odstrasza, w każdym razie mnie.

Jutro będzie drugi i ostatni dzień socjalnego programu organizowanego przez Contact Singapore i dostaniemy krótki kurs po mieście. Zwiedzimy m.in. Little India, Chinatown, nabrzeże i zobaczymy symbol Singapuru - Merilion. Dlatego powinienem jutro zamieścić znacznie więcej obrazków niż dzisiaj.







środa, 27 czerwca 2012

Dzień drugi


Drugi dzień na miejscu – 27.06.12
Ad wczoraj: ananas miodowy pyszny.
Chcieliśmy zacząć zwiedzanie od ok. 10, ale przy stole przytrzymała nas tropikalna ulewa (W sumie jest monsun, więc nie ma się co dziwić). Dzięki temu spróbowaliśmy kayo – czegoś smakującego jak kokosowe toffi o konsystencji masła orzechowego. Całkiem niezłe. Gdy się uspokoiło, postanowiliśmy zrealizować uknute przy stole plany. Pojechaliśmy na szoping!

Najbardziej pożądanym towarem były adaptery pozwalające korzystać z brytyjskich gniazdek ( 3 prostokątne wtyki, nie gładkie jak u nas), ale po drodze zakupiliśmy też całe mnóstwo innych rzeczy.
Postanowiliśmy pojechać do Chinatown do People's Park, wierząc że obrotni Chińczycy tanio nas we wszystko zaopatrzą i nakarmią. Aby się tam dostać po raz pierwszy skorzystaliśmy z autobusu i zarobiliśmy opieprz od kierowcy za korzystanie ze złych drzwi – okazało się że wsiada się tylko pierwszymi drzwiami, przy pozostałych kasowniki służą wskazaniu ile stacji się przejechało i w konsekwencji naliczeniu opłaty. Reszta podróży, wraz z przesiadką przebiegła bez przygód.
Na miejscu przywitała nas kakofonia zapachów i dźwięków. Nie wytrzymałem i kupiłem sobie na jednym z licznych stoisk pierożka nadziewanego wieprzowiną (1,5$) i muszę przyznać że najbardziej mi smakowały z tego co tu dotychczas jadłem.


W środku nie znaleźliśmy żadnej mapki, więc przeszliśmy z 5 pięter dookoła. Centrum jest dość wiekowe i niepodobne do naszych Arkadii czy Złotych Tarasów. Chyba grupowali sklepy kategoriami, bo na pierwszym piętrze było dużo elektronicznych, na 4 prawie same salony masażu i agencje oferujące pokojówki, a na 5 biura podróży. Udało nam się dostać adaptery, a gdy przy okazji wyszło że jesteśmy z Polski to sprzedawca ucieszył się, bo dzisiaj mecz Euro. Może z sympatii do piłki nożnej, albo z rozczarowania brakiem targowania opuścił trochę Karolinie cenę – może faktycznie trzeba zacząć się targować?
Po zaopatrzeniu się w mnóstwo dupereli typu nóż, łyżka czy tacka do krojenia i na zastępstwo talerza udaliśmy się na obiad. Kupiłem coś co wyglądało jak makaron sojowy z kurczakiem i jakieś białe nitki – niestety tylko kurczak się zgadzał, a i tu był jakiś drugiej klasy. Usmażono pocięte kurze nóżki, wraz z kośćmi – w rezultacie każdy kęs mięsa musiał być obgryziony z kawałka kostki. Reszta też mnie nie zachwyciła.
Znacznie lepsza była rybna owsianka Karoliny. Za to znalazłem zbiorowisko upieczonych kaczek:
Następnym celem było wybrzeże. Wsiedliśmy w metro i próbując wyjść ze stacji znaleźliśmy się w środku nowoczesnego centrum handlowego. Jako że potrzebowaliśmy jeszcze kilku rzeczy zleciało sporo czasu zanim wyszliśmy na świeże powietrze (mijając odwróconą fontannę) żeby przekonać się że nazwa stacji – Farbourfront – jednak skądś się wzięła. Naprzeciwko nas była wyspa rozrywki Santosa, na którą się wybierzemy jak będziemy cierpieć na nadmiar gotówki i czasu, ale obok zaczynał się port. Nie mieliśmy specjalnej ochoty na zwiedzanie doków, to obejrzeliśmy trochę bliżej Santosę (do wejścia do strefy płatnej).
Gdy już zmęczeni wróciliśmy do hotelu spotkaliśmy przy recepcji troje Polaków. Krzysiek nie miał zaklepanego żadnego mieszkania i zatrzymał się na tydzień w naszym hostelu szukając jakiegoś innego miejsca. Za to Tomek trafił do mojego pokoju, a Kamila do Karoliny. Krzysiek sprzedał nam także informację że jutro pojawią się jeszcze dwie dziewczyny z jego kierunku – normalnie polska inwazja. Resztę wieczoru spędziliśmy pokazując nowoprzybyłym okolicę i przygotowując się do jutra – w końcu zaczyna się Immersion Pragramme i poznamy innych stażystów i supervisorów i dowiemy się czegoś więcej o programie który nas tu właściwie ściągnął.


Bonus dla Diany: miejscowe hipsterstwo!

wtorek, 26 czerwca 2012

Pierwsze chwile w Singapurze.

Zacznę od polecenia Lufthansy. Naprawdę bardzo przyjemnie się leciało, a stewardesy donoszące całkiem często dżin z tonikiem czy częstujące Baileysem po obiedzie to jest coś bardzo przyjemnego. Było do wyboru sporo nowych filmów, więc po obejrzeniu dwóch i przespaniu się przez chwilę nagle znalazłem się w Singapurze.v

Pierwsze wrażenie? Gorąco i palma. Przeszliśmy bez żadnych problemów przez kontrolę, nie zabito mnie ani nie aresztowano przy próbie pozbycia się obciążających materiałów (paczka gumy do żucia). Po drodze na peron metra wpadłem na niewielką grupkę mówiącą znajomym językiem - okazało się, że spotkaliśmy Polaków z Gdańska mieszkających tu na stałe, którzy wyszli na lotnisko po siostrę jednej z nich. Bardzo otwarci i życzliwi, pomogli nam z zakupem biletów i z funkcjonowaniem tutejszego metra - swoją drogą bardzo przyjaznego. Wymieniliśmy się numerami telefonów i wstępnie umówiliśmy na weekend - bardzo obiecujący początek. Naprawdę dodało nam to pewności, że wszystko będzie dobrze i nawet przeważyło nad chwilowym załamaniem spowodowanym przez niewspółpracujący bankomat.

Do hostelu dotarliśmy w miarę bezproblemowo i zaczęliśmy się instalować. Standard typu DS Żaczek/Alcatraz, ale w sumie nikt nie spodziewał się niczego więcej. Chwilowo żadne z nas nie ma współlokatora, ale to powinno się jutro zmienić - dojeżdża ekipa z Krakowa. Zdziwienie Europejczyków może dziwić to, że jest podział na sektory - chłopcy nie mają wstępu do części dziewczyn, i (chyba) vice versa. 
Po wstępnym ogarnięciu się przeszliśmy się po okolicy w poszukiwaniu jedzenia, sklepu i właściwego bankomatu. Minęliśmy kilka drogich z naszego punktu widzenia knajpek aż doszliśmy do jakiegoś food courtu - tam za zestaw Laksa + malajska herbata zapłaciliśmy po 5 $ czyli ze 12 złotych. 

Czym jest Laksa? Zupa z mleka kokosowego, chili, z makaronem ryżowym i jakimiś nie do końca identyfikowalnymi kawałkami mięsno-warzywnymi, częściowo panierowanymi. Jeśli wierzyć Intenetowi to to białe co brałem za kraba miało szansę być jakimś małżem. Dało radę zjeść, ale jakoś szału nie było.

W sklepie przejrzeliśmy wszystko i można stwierdzić z całą pewnością że trzeba jeść owoce. Arbuz kosztuje kilkanaście centów za 100g, ananas 1.4$ za sztukę, a kilogram mięsa czy sera to 25-30$! Pieczywa w ogóle nie widziałem, tylko jakieś ciastka i opakowania tortilli czy innych takich „fabrycznych” chlebków. Mam niezwykle silne skojarzenie ze Stanami Zjednoczonymi – mnóstwo rzeczy musi być importowanych bezpośrednio stamtąd, bo te produkty w tych opakowaniach (np. Pop Tarts) widziałem tylko tam.


Przeszliśmy się trochę po okolicy i zwiedziliśmy leżący niedaleko Botanic Garden. Bardzo ładny, bardzo intensywnie zielony i mocno uporządkowany. Wprawdzie było gorąco, ale całkiem przyjemnie. Wracając koło stacji metra natknęliśmy się na grupkę Francuzów – okazało się że szukają hostelu. Jako że mieszkamy w tym samym miejscu zaprowadziliśmy ich na miejsce, za co byli nam bardzo wdzięczni.

Na zakończenie tego dość intensywnego dnia postanowiliśmy uraczyć się owocami – zaraz się przekonamy czy miejscowe (czyt. indyjskie i malajskie) mango i ananasy są lepsze od tych sprzedawanych w Polsce.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Początek


Dziennik podróżny

Dzień 1 – 25.06.2012
Podróż zaczęła się gładko, bez żadnych problemów. Brat podrzucił mnie na lotnisko, Kabi odwiedziła i pożegnała, Karolina była na miejscu i można było przechodzić przez kontrolę. Trochę martwiłem się czasem, bo byliśmy na styk (trochę przed 16 stanęliśmy w dość pokaźnej kolejce do kontroli, a wylot o 16:50), zwłaszcza jak po przybyciu pod podaną bramkę odkryliśmy że jednak trzeba iść gdzie indziej. Wizyta w strefie wolnocłowej nie przyspieszyła podróży do bramki, ale za to wzbogaciła mnie o Krupnik, a Karolinę o Żubrówkę – już mogliśmy się pokazywać obcokrajowcom. Zdążyliśmy jednak przed czasem i spokojnie dolecieliśmy do Frankfurtu. Ogromne lotnisko, gdzie można przez przypadek opuścić strefę wolnocłową i znaleźć się na zewnątrz budynku oO Mimo drobnego zagubienia dotarliśmy do właściwej bramki i możemy spokojnie oczekiwać swojego samolotu, korzystając chociażby z Internetu.
Trochę liczę na to, że zapytają czy ktoś zgodzi się na ochotnika zostać jeden dzień w Niemczech za rekompensatą  - podobno czasem się im to zdarza przy overbookingu, a 600 euro piechotą nie chodzi.

A oto największy dostępny pasażerski samolot - nasz Airbus A380. Zdjęcie autorstwa Karoliny ;)