piątek, 29 czerwca 2012

29.06 – Immersion Programme p.2


Mieliśmy udać się na wycieczkę po mieście, dlatego znowu czekała nas barbarzyńska pobudka po 7 rano. Jednak nie wszyscy wstali – z 5 Polaków tylko ja i Tomek daliśmy radę. Pozostali mają czego żałować, bo zwiedzanie zdecydowane można uznać za udane. Nie dam rady opowiedzieć o całym, ale przynajmniej postaram się streścić.

Naszym przewodnikiem był dość młody Chińczyk o bardzo, ale to bardzo żywym podejściu. Cały czas śmiał się, żartował, śpiewał i mówił. Dał radę jakoś zaangażować grupę w to co mówił i obwiózł nas po prawie całej centralnej części miasta.

Zaczęliśmy od obejrzenia dwóch świątyni odległych od siebie o jakieś 50 metrów. Pierwsza, hinduska, musiała być zwiedzana na bosaka, ale za to była bogato zdobiona. Wszędzie były rzeźby wysadzane błyszczącymi kamieniami i pokryte złotopodobną emalią. Świątynia składała się z korytarza idącego naokoło średniej rozmiarów salki i wyglądało na to, że wierni modlą się przy odpowiadających im rzeźbach.




Za to świątynia numer 2, chyba szintoistyczna, była dość prosta, za to z centralnie umieszczonym czymś na kształt ołtarza. Dużo osób paliło kadzidła w czasie modlitwy, a sporo potrząsała pudełkiem pełnym patyczków i wróżyła z tego co wypadło.

Następnie udaliśmy się na Arab Street, gdzie otoczyły nas sklepy z dywanami, tkaninami i kebabem – wiem już gdzie będę się stołował jak mi się znudzi chińszczyzna. Podobno wieczorami ulice stają się nieprzejezdne, bo wszyscy stoją sobie na środku i popalają sziszę.

Gdy przyszedł czas na lunch wybraliśmy się do jakiejś knajpki, ktoś twierdził że jest ona indyjska ale nie byłbym taki pewny. Przypominała mi trochę warszawskiego chińczyka – byłą ryba w panierce jak kurczak Binh Minh, kurczak chrupiący, smażony ryż... Były też rzeczy niespotykane, typu czerwona fasola z mlekiem kokosowym – chyba uznawana za deser, o bardzo oryginalnym, słodko-fasolowym smaku.

Przejechaliśmy się następnie do centrum poświęconego urbanistyce – dysponowało ono wieloma makietami pokazującymi jak wyglądał Singapur, jak wygląda teraz i jak będzie wyglądał. Mam wrażenie, że uwielbiają makiety w niemal tym samym stopniu co skróty (NUS, ASTAR etc).



Gdy dojechaliśmy nad wybrzeże, przeszliśmy wzdłuż szpaleru palm. Pod palmami można było zobaczyć tabliczki, a na jednej z nich znalazłem polską flagę. Okazało się, że w 2010 w Singapurze odbywały się pierwsze młodzieżowe igrzyska olimpijskie.




Kiedy chciałem kupić sobie loda przeżyłem drobne zaskoczenie. Pan z wózkiem z lodami (certyfikowany! Miał pozwolenie od sanepidu przyczepione do parasola, jak zresztą każdy sprzedawca żywności w tym mieście) miał na dłoni plastikową rękawiczkę którą wyciągał z zamrażarki kostki lodów, okładał dwoma cienkimi wafelkami i kawałkiem woreczka foliowego i następnie podawał tak przygotowanego loda. Ciekawa alternatywa dla lodów na patyku.




W tle - najdroższy hotel Singapuru z basenem na dachu






DNA bridge







Idąc nabrzeżem i mijając centrum finansowe znaleźliśmy się na Marina Bay – nowoczesnej dzielnicy rozrywki i burżuazji. W całości powstała na terenie wydartym morzu. Znajduje się tu jedna z głównych punktów zbiorczych turystów Singapuru – Merilion. Jest to rzeźba głowy lwa z ciałem ryby, mająca odzwierciedlać miasto i jego historię – z wioski rybackiej do miasta lwa. Następnie wybraliśmy się na wycieczkę taksówką wodną po zbiorniku wodnym, który kiedyś był rzeką.

Po ogarnięciu się w hostelu wyruszyliśmy na imprezę pożegnalną wczoraj poznanej Polki – Ani. Zebraliśmy się na moście w okolicach Clarke Quay i poznałem sporo miejscowych Polaków – głównie z AGH, ale znalazłem 3 osoby z PW, w tym człowieka który prowadził kiedyś metę w Mikrusie. Posiedzieliśmy sobie przyjemnie na niewielkim mostku nad kanałkiem w imprezowej okolicy, a następnie zostało zarządzone wyjście do klubu. Nie podobał mi się specjalnie ten plan, ale skoro mieliśmy iść na dach najwyższego singapurskiego wieżowca jakoś się przemogłem. Panorama była genialna! Wprawdzie nie chcieli wpuścić kolegi, bo się nie przebrał, ale jakiś Singapurczyk zaproponował że weźmie go do domu i mu pożyczy ubranie – zajęło im to z półtorej godziny, ale się udało. Po wchłonięciu widoków przeszliśmy się jeszcze po tętniącej życiem dzielnicy i wróciliśmy taksówką do hostelu. Tym samym moje plany typu „Nie będę imprezował” zostały unieważnione – zwłaszcza że z rana dostałem telefon z propozycją wypadu na jakąś wyspę niedaleko. Zobaczymy co z tym zrobię, póki co trzeba zdzwonić się z Arkiem i sprawdzić czy uda nam się umówić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz