Mieliśmy
udać się na wycieczkę po mieście, dlatego znowu czekała nas
barbarzyńska pobudka po 7 rano. Jednak nie wszyscy wstali – z 5
Polaków tylko ja i Tomek daliśmy radę. Pozostali mają czego
żałować, bo zwiedzanie zdecydowane można uznać za udane. Nie dam
rady opowiedzieć o całym, ale przynajmniej postaram się streścić.
Naszym
przewodnikiem był dość młody Chińczyk o bardzo, ale to bardzo
żywym podejściu. Cały czas śmiał się, żartował, śpiewał i
mówił. Dał radę jakoś zaangażować grupę w to co mówił i
obwiózł nas po prawie całej centralnej części miasta.
Zaczęliśmy
od obejrzenia dwóch świątyni odległych od siebie o jakieś 50
metrów. Pierwsza, hinduska, musiała być zwiedzana na bosaka, ale
za to była bogato zdobiona. Wszędzie były rzeźby wysadzane
błyszczącymi kamieniami i pokryte złotopodobną emalią. Świątynia
składała się z korytarza idącego naokoło średniej rozmiarów
salki i wyglądało na to, że wierni modlą się przy
odpowiadających im rzeźbach.
Za
to świątynia numer 2, chyba szintoistyczna, była dość prosta, za
to z centralnie umieszczonym czymś na kształt ołtarza. Dużo osób
paliło kadzidła w czasie modlitwy, a sporo potrząsała pudełkiem
pełnym patyczków i wróżyła z tego co wypadło.
Następnie
udaliśmy się na Arab Street, gdzie otoczyły nas sklepy z dywanami,
tkaninami i kebabem – wiem już gdzie będę się stołował jak mi
się znudzi chińszczyzna. Podobno wieczorami ulice stają się
nieprzejezdne, bo wszyscy stoją sobie na środku i popalają sziszę.
Gdy
przyszedł czas na lunch wybraliśmy się do jakiejś knajpki, ktoś
twierdził że jest ona indyjska ale nie byłbym taki pewny.
Przypominała mi trochę warszawskiego chińczyka – byłą ryba w
panierce jak kurczak Binh Minh, kurczak chrupiący, smażony ryż...
Były też rzeczy niespotykane, typu czerwona fasola z mlekiem
kokosowym – chyba uznawana za deser, o bardzo oryginalnym,
słodko-fasolowym smaku.
Przejechaliśmy
się następnie do centrum poświęconego urbanistyce – dysponowało
ono wieloma makietami pokazującymi jak wyglądał Singapur, jak
wygląda teraz i jak będzie wyglądał. Mam wrażenie, że
uwielbiają makiety w niemal tym samym stopniu co skróty (NUS, ASTAR
etc).
Gdy
dojechaliśmy nad wybrzeże, przeszliśmy wzdłuż szpaleru palm. Pod
palmami można było zobaczyć tabliczki, a na jednej z nich
znalazłem polską flagę. Okazało się, że w 2010 w Singapurze
odbywały się pierwsze młodzieżowe igrzyska olimpijskie.
Kiedy
chciałem kupić sobie loda przeżyłem drobne zaskoczenie. Pan z
wózkiem z lodami (certyfikowany! Miał pozwolenie od sanepidu
przyczepione do parasola, jak zresztą każdy sprzedawca żywności w
tym mieście) miał na dłoni plastikową rękawiczkę którą
wyciągał z zamrażarki kostki lodów, okładał dwoma cienkimi
wafelkami i kawałkiem woreczka foliowego i następnie podawał tak
przygotowanego loda. Ciekawa alternatywa dla lodów na patyku.
W tle - najdroższy hotel Singapuru z basenem na dachu
DNA bridge
Idąc
nabrzeżem i mijając centrum finansowe znaleźliśmy się na Marina
Bay – nowoczesnej dzielnicy rozrywki i burżuazji. W całości
powstała na terenie wydartym morzu. Znajduje się tu jedna z
głównych punktów zbiorczych turystów Singapuru – Merilion. Jest
to rzeźba głowy lwa z ciałem ryby, mająca odzwierciedlać miasto
i jego historię – z wioski rybackiej do miasta lwa. Następnie
wybraliśmy się na wycieczkę taksówką wodną po zbiorniku wodnym,
który kiedyś był rzeką.
Po
ogarnięciu się w hostelu wyruszyliśmy
na imprezę pożegnalną wczoraj poznanej Polki – Ani. Zebraliśmy
się na moście w okolicach Clarke Quay i poznałem sporo miejscowych
Polaków – głównie z AGH, ale znalazłem 3 osoby z PW, w tym
człowieka który prowadził kiedyś metę w Mikrusie. Posiedzieliśmy
sobie przyjemnie na niewielkim mostku nad kanałkiem w imprezowej
okolicy, a następnie zostało zarządzone wyjście do klubu. Nie
podobał mi się specjalnie ten plan, ale skoro mieliśmy iść na
dach najwyższego singapurskiego wieżowca jakoś się przemogłem.
Panorama była genialna! Wprawdzie nie chcieli wpuścić kolegi, bo
się nie przebrał, ale jakiś Singapurczyk zaproponował że weźmie
go do domu i mu pożyczy ubranie – zajęło im to z
półtorej godziny, ale się udało. Po wchłonięciu widoków
przeszliśmy się jeszcze po tętniącej życiem dzielnicy i
wróciliśmy taksówką do hostelu. Tym samym moje plany typu „Nie
będę imprezował” zostały unieważnione – zwłaszcza że z
rana dostałem telefon z propozycją wypadu na jakąś wyspę
niedaleko. Zobaczymy co z tym zrobię, póki co trzeba zdzwonić się
z Arkiem i sprawdzić czy uda nam się umówić.







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz