Pierwsze wrażenie? Gorąco i palma. Przeszliśmy bez żadnych problemów przez kontrolę, nie zabito mnie ani nie aresztowano przy próbie pozbycia się obciążających materiałów (paczka gumy do żucia). Po drodze na peron metra wpadłem na niewielką grupkę mówiącą znajomym językiem - okazało się, że spotkaliśmy Polaków z Gdańska mieszkających tu na stałe, którzy wyszli na lotnisko po siostrę jednej z nich. Bardzo otwarci i życzliwi, pomogli nam z zakupem biletów i z funkcjonowaniem tutejszego metra - swoją drogą bardzo przyjaznego. Wymieniliśmy się numerami telefonów i wstępnie umówiliśmy na weekend - bardzo obiecujący początek. Naprawdę dodało nam to pewności, że wszystko będzie dobrze i nawet przeważyło nad chwilowym załamaniem spowodowanym przez niewspółpracujący bankomat.
Do hostelu dotarliśmy w miarę bezproblemowo i zaczęliśmy się instalować. Standard typu DS Żaczek/Alcatraz, ale w sumie nikt nie spodziewał się niczego więcej. Chwilowo żadne z nas nie ma współlokatora, ale to powinno się jutro zmienić - dojeżdża ekipa z Krakowa. Zdziwienie Europejczyków może dziwić to, że jest podział na sektory - chłopcy nie mają wstępu do części dziewczyn, i (chyba) vice versa.
Po wstępnym ogarnięciu się przeszliśmy się po okolicy w poszukiwaniu jedzenia, sklepu i właściwego bankomatu. Minęliśmy kilka drogich z naszego punktu widzenia knajpek aż doszliśmy do jakiegoś food courtu - tam za zestaw Laksa + malajska herbata zapłaciliśmy po 5 $ czyli ze 12 złotych.
Czym
jest Laksa? Zupa z mleka kokosowego, chili, z makaronem ryżowym i
jakimiś nie do końca identyfikowalnymi kawałkami
mięsno-warzywnymi, częściowo panierowanymi. Jeśli wierzyć
Intenetowi to to białe co brałem za kraba miało szansę być
jakimś małżem. Dało radę zjeść, ale jakoś szału nie było.
W
sklepie przejrzeliśmy wszystko i można stwierdzić z całą
pewnością że trzeba jeść owoce. Arbuz kosztuje kilkanaście
centów za 100g, ananas 1.4$ za sztukę, a kilogram mięsa czy sera
to 25-30$! Pieczywa w ogóle nie widziałem, tylko jakieś ciastka i
opakowania tortilli czy innych takich „fabrycznych” chlebków.
Mam niezwykle silne skojarzenie ze Stanami Zjednoczonymi – mnóstwo
rzeczy musi być importowanych bezpośrednio stamtąd, bo te produkty
w tych opakowaniach (np. Pop Tarts) widziałem tylko tam.
Przeszliśmy
się trochę po okolicy i zwiedziliśmy leżący niedaleko Botanic
Garden. Bardzo ładny, bardzo intensywnie zielony i mocno
uporządkowany. Wprawdzie było gorąco, ale całkiem przyjemnie.
Wracając koło stacji metra natknęliśmy się na grupkę Francuzów
– okazało się że szukają hostelu. Jako że mieszkamy w tym
samym miejscu zaprowadziliśmy ich na miejsce, za co byli nam bardzo
wdzięczni.
Na
zakończenie tego dość intensywnego dnia postanowiliśmy uraczyć
się owocami – zaraz się przekonamy czy miejscowe (czyt. indyjskie
i malajskie) mango i ananasy są lepsze od tych sprzedawanych w
Polsce.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz