środa, 27 czerwca 2012

Dzień drugi


Drugi dzień na miejscu – 27.06.12
Ad wczoraj: ananas miodowy pyszny.
Chcieliśmy zacząć zwiedzanie od ok. 10, ale przy stole przytrzymała nas tropikalna ulewa (W sumie jest monsun, więc nie ma się co dziwić). Dzięki temu spróbowaliśmy kayo – czegoś smakującego jak kokosowe toffi o konsystencji masła orzechowego. Całkiem niezłe. Gdy się uspokoiło, postanowiliśmy zrealizować uknute przy stole plany. Pojechaliśmy na szoping!

Najbardziej pożądanym towarem były adaptery pozwalające korzystać z brytyjskich gniazdek ( 3 prostokątne wtyki, nie gładkie jak u nas), ale po drodze zakupiliśmy też całe mnóstwo innych rzeczy.
Postanowiliśmy pojechać do Chinatown do People's Park, wierząc że obrotni Chińczycy tanio nas we wszystko zaopatrzą i nakarmią. Aby się tam dostać po raz pierwszy skorzystaliśmy z autobusu i zarobiliśmy opieprz od kierowcy za korzystanie ze złych drzwi – okazało się że wsiada się tylko pierwszymi drzwiami, przy pozostałych kasowniki służą wskazaniu ile stacji się przejechało i w konsekwencji naliczeniu opłaty. Reszta podróży, wraz z przesiadką przebiegła bez przygód.
Na miejscu przywitała nas kakofonia zapachów i dźwięków. Nie wytrzymałem i kupiłem sobie na jednym z licznych stoisk pierożka nadziewanego wieprzowiną (1,5$) i muszę przyznać że najbardziej mi smakowały z tego co tu dotychczas jadłem.


W środku nie znaleźliśmy żadnej mapki, więc przeszliśmy z 5 pięter dookoła. Centrum jest dość wiekowe i niepodobne do naszych Arkadii czy Złotych Tarasów. Chyba grupowali sklepy kategoriami, bo na pierwszym piętrze było dużo elektronicznych, na 4 prawie same salony masażu i agencje oferujące pokojówki, a na 5 biura podróży. Udało nam się dostać adaptery, a gdy przy okazji wyszło że jesteśmy z Polski to sprzedawca ucieszył się, bo dzisiaj mecz Euro. Może z sympatii do piłki nożnej, albo z rozczarowania brakiem targowania opuścił trochę Karolinie cenę – może faktycznie trzeba zacząć się targować?
Po zaopatrzeniu się w mnóstwo dupereli typu nóż, łyżka czy tacka do krojenia i na zastępstwo talerza udaliśmy się na obiad. Kupiłem coś co wyglądało jak makaron sojowy z kurczakiem i jakieś białe nitki – niestety tylko kurczak się zgadzał, a i tu był jakiś drugiej klasy. Usmażono pocięte kurze nóżki, wraz z kośćmi – w rezultacie każdy kęs mięsa musiał być obgryziony z kawałka kostki. Reszta też mnie nie zachwyciła.
Znacznie lepsza była rybna owsianka Karoliny. Za to znalazłem zbiorowisko upieczonych kaczek:
Następnym celem było wybrzeże. Wsiedliśmy w metro i próbując wyjść ze stacji znaleźliśmy się w środku nowoczesnego centrum handlowego. Jako że potrzebowaliśmy jeszcze kilku rzeczy zleciało sporo czasu zanim wyszliśmy na świeże powietrze (mijając odwróconą fontannę) żeby przekonać się że nazwa stacji – Farbourfront – jednak skądś się wzięła. Naprzeciwko nas była wyspa rozrywki Santosa, na którą się wybierzemy jak będziemy cierpieć na nadmiar gotówki i czasu, ale obok zaczynał się port. Nie mieliśmy specjalnej ochoty na zwiedzanie doków, to obejrzeliśmy trochę bliżej Santosę (do wejścia do strefy płatnej).
Gdy już zmęczeni wróciliśmy do hotelu spotkaliśmy przy recepcji troje Polaków. Krzysiek nie miał zaklepanego żadnego mieszkania i zatrzymał się na tydzień w naszym hostelu szukając jakiegoś innego miejsca. Za to Tomek trafił do mojego pokoju, a Kamila do Karoliny. Krzysiek sprzedał nam także informację że jutro pojawią się jeszcze dwie dziewczyny z jego kierunku – normalnie polska inwazja. Resztę wieczoru spędziliśmy pokazując nowoprzybyłym okolicę i przygotowując się do jutra – w końcu zaczyna się Immersion Pragramme i poznamy innych stażystów i supervisorów i dowiemy się czegoś więcej o programie który nas tu właściwie ściągnął.


Bonus dla Diany: miejscowe hipsterstwo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz