poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Zwierzęcy weekend

Po dwóch latach wiernej służby w ciężkich warunkach polowych mój aparat się poddał. próbuję jeszcze wskrzeszania korzystając z narzędzi w labie, ale póki co zdjęcia mam tylko z telefonu lub od kogoś innego.

Największe nietoperze świata.

W rzeczony weekend poświęciliśmy polską ekipą dużo czasu zwierzętom. Dlaczego? Otóż, jakiś czas temu Krzysiek (który notabene się z nami nie wybrał) znalazł promocyjny bilet do zoo: za wstęp do Singapore Zoo, Night Safari i Jurong Bird Park „tylko” 40 dolarów! Fakt, jakby kupowało się wszystko oddzielnie to by było 70, a nie w promocji to 58 – ale i tak ponad 100 złotych za 3 razy zoo? Drogo.
Zoo z poczuciem humoru.


W sobotę przed południem przejechaliśmy się przez prawie cały Singapur do zoo. Znajduje się ono w rejonie Woodlands, czyli tuż pod granicą z Malezją. Sam dojazd zajął nam ponad godzinę, a na miejscu okazało się że jest tylko zoo z infrastrukturą. Nie ma w pobliżu żadnych osiedli ani nic, co by wskazywało że można tu zjeść cokolwiek, nawet ciastka ze sklepu, bez kilkuset procent przebitki. Dlatego wybraliśmy KFC, co nie było najszczęśliwszym pomysłem bo summa summarum zapłaciliśmy nawet więcej. Ale udało się namówić dojeżdżającą później Karolinę by nam coś kupiła w jakimś ludzkim miejscu.

Singapurskie zoo jest dość nowe, ma ze 40 lat. Jest ono jedną z flagowych inwestycji miasta (bo i zielone i zapewnia rozrywkę w weekendy, żeby przypadkiem nie zaczęli czegoś konstruktywnego robić) i to widać. Wszystko albo nowe albo wygląda na nowe/dobrze trzymające się. Zwierzęta mają dość spore klatki i nie wyglądają na szczególnie nieszczęśliwe, chociaż ciężko mi oceniać istoty w niewoli.
Podobno mają jakoś podcinane skrzydła, żeby nie odleciały. Coś w tym jest, skoro tak luzem siedzą pod otwartym niebem...

W menażerii dominują oczywiście zwierzęta z tropików. Są zarówno małpy, tygrysy, kapibary jak i niedźwiedzie (nie zauważyłem nigdzie pandy którą się reklamują), fauna australijska (minąłem się z kangurami, widziałem tylko węże) czy afrykańska. Oczywiście długo można wymieniać, zarówno to co było jak i to czego zabrakło. W żadnym zoo nie zobaczy się wszystkiego, ale brak goryla dziwi, nie wynagrodzi mi go nadmiar orangutanów.

W amfiteatrze odbywały się różne pokazy – udało nam się załapać na „Rainforest strikes back” (edukacyjną dykteryjkę dla dzieci dlaczego lasy deszczowe są ważne i fajne) oraz „Splash show” (pokaz umiejętności bardzo sympatycznego lwa morskiego). Mimo upału i duchoty warto było je obejrzeć, bo były zarówno ciekawe jak i wliczone w cenę biletu, czego nie dało się powiedzieć o uczestnictwie w karmieniu. W ściśle określonych godzinach za 5 dolarów można było wziąć od opiekuna zwierzęcia pożywienie i poczęstować zwierzaka.

Wieczorem tego dnia, już po zamknięciu zoo, wraz z Henrykiem poszliśmy na Night Safari podczas gdy reszta się wykruszyła. Obie z tych decyzji miały swe plusy i minusy – my dość szybko zrezygnowaliśmy z powodu zmęczenia materiału, oni będą musieli przyjechać na odludzie jeszcze raz w ciągu najbliższych dni (ważność karnetu to 4 dni od pierwszego wejścia).

Night Safari to po prostu zoo nocą. Mieliśmy zapewnioną przejażdżkę turystycznym busikiem, takim otwartym i przewiewnym, podczas której przewodnik opisywał mijane zwierzęta nocne. Następnie można było sobie dokładniej wszystko pozwiedzać na piechotę, ale zarówno to jak i pokazy tańczących z ogniem i jakichś zwierząt sobie darowaliśmy, zmęczeni całym dniem. Ciekawe doświadczenie, ale nie wiem czy bym sobie je zafundował gdyby nie było w cenie karnetu.

Niedziela stanęła pod znakiem Jurong Bird Park. Znajduje się on w innym miejscu, też daleko, ale w zamieszkanej okolicy. Na mniejszej niż zoo powierzchni znajdowało się mnóstwo ptaków z całego świata. Przyjechaliśmy koło 14:30 i gdy zamykali o 18 mogłem powiedzieć że niby cały przeszedłem, ale ostatnią ¼ praktycznie przebiegłem w 40 minut by chociaż rzucić okiem. Z tego też powodu nie pogawędziłem z napotkaną polską rodziną, gdyż wybierali się w stronę już przeze mnie obejrzaną.
Żółw znaleziony w JBP.
Tak jak zoo, JBP oferował pokazy. Zrezygnowałem z edukacyjnego programu dla dzieci, ale obejrzałem King of the Sky, o sokołach, orłach i sowach. Zwierzęta, tak jak w zoo, były wyśmienicie wytrenowane i pojawiały się wśród publiczności. Wprawdzie nie schowali węża pod ławką, jak w sobotę, ale sowa prawie walnęła mnie skrzydłem przelatując tuż nade mną. To prawda co o nich piszą, rzeczywiście latają bezszelestnie!
Mam całą kolekcję zdjęć papug w tej pozycji.

Zadowolony z kontaktu z przyrodą (mocno przepłaconym, ale cóż – takie ceny) wybrałem się zresztą do Chinatown zobaczyć czy dzieje się tam coś specjalnego. Karolina mówiła, że trwa jakiś miesiąc duchów i powinno być ciekawie, ale nie było nic nadzwyczajnego. Stragany, pamiątki, jedzenie, lampiony – fajne, ale nic czego bym nie widział wcześniej. Przynajmniej spróbowałem szanghajskich Long Bao – robionych na parze pyz z mięsem, podawanych z posiekanym imbirem. Smaczne, a z sosem sojowym z obowiązkowym chili jeszcze lepsze. Chociaż nic nie przebije czosnkowej wołowiny Henryka – była genialna, chociaż droższa niż zwykłe danie w food courcie (8$, podczas gdy ja za 6 miałem posiłek wraz z banana milkshakiem).

EDIT:
Notkę napisałem w niedzielę, gdy za oknem hałasowali Hindusi i nie mogłem spać. Wrzucam dopiero dzisiaj, bo trzeba było dodać zdjęcia. A co się zdarzyło w międzyczasie? JEDZENIE!
W poniedziałek po spotkaniu grupy laboratoryjnej wybraliśmy się na lunch integracyjny, tym razem do czegoś aspirującego do miana knajpy, a nie food courtu. Było świetnie! Za 6 dolarów (trochę ponad 15zł) dostałem niezłe danie i kubek oraz pucharek na lody. Co do nich włożę/naleję i w jakich ilościach było tylko moją sprawą, więc kursowałem do ekspresu i zamrażalnika dość często. 


O ile ten lunch zjadłęm dość wcześnie, to długo trzymało mnie najedzenie. Nawet gdy wybierałem się wieczorem z Tomaszem na koreańskie barbeque, które zakupiliśmy na grouponie. Ale jak zapłaciliśmy po 16 dolarów i zarezerwowaliśmy stolik, to trzeba było.
Grill na podczerwień, w tle kilka talerzyków - każdy miał ich po 3 czy 4.

Jako że restauracja działała na zasadzie buferu, siedzieliśmy dwie godziny sami sobie smażąc i gotując najróżniejsze mięsa, owoce morza, dodatki i rzeczy które nie wiem czym były. Było to niezłe, aczkolwiek chyba wolę posiłki przygotowane przez kogoś innego. Tu definitywnie brakowało mi wprawy w przyrządzaniu i przyprawianiu - zwłaszcza kraby sprawiały mi problemy. W sumie najbliższy stolik i jedyna mówiąca po angielsku kelnerka spędzili trochę czasu pokazując mi jak powinienem to robić. Co ciekawe, ci mili ludzie byli pierwszymi z napotkanych w Singapurze Azjatów nie wiedzących gdzie leży Polska - musiałem dodać że w Europie, to się uśmiechnęli i pokiwali głowami ze zrozumieniem. Ale wieczór i tak był udany, jeszcze długo czułem przyjemny ciężar jedzenia.
Krab, homar piaskowy, krewetki, mięsa... A to tylko jedna z wielu porcji jakie zjadłem.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Niespodziewana Melaka

Ten weekend okazał się dłuższy od zwykłego, gdyż z okazji zakończenia Ramadanu poniedziałek był wolny. Polską (bo Hendrika już liczymy jako Polaka, nie Niemca) ekipą mieliśmy zamiar wybrać się na podobno przepiękną i wolnocłową wyspę Tioman w Malezji. W tym celu wstaliśmy skoro świt w sobotę, przekroczyliśmy granicę i znaleźliśmy się na dworcu autobusowym. Niestety, nie było żadnego wolnego miejsca w autobusie do Mersing, które jest jedyną sensowną drogą dostania się na wyspę! Dlatego wsiedliśmy w pierwszy autobus w miarę sensowne miejsce - czyli do Melaki.
Dragonfruit juice. To białe to po prostu deseń szklanki, ale i tak wygląda super.


Miasto może być znane także jako Melakka i leży nad cieśniną o tej samej nazwie, jednym z najbardziej ruchliwych szlaków wodnych na świecie. W swoim czasie miasto posiadali Portugalczycy, potem Holendrzy a na końcu Brytyjczycy co nadaje miastu specyficzny, mieszany klimat. Głównym elementem miasta jest rzeka, wzdłuż której stoją niewielkie kamieniczki z pięknymi muralami, znajduje się tam wiele kawiarni, hosteli i hoteli, a kolejki do przejażdżki łódką są ogromne, zwłaszcza wieczorem.
Przygotowywanie jedzenia na straganie.





Jednak nie wybraliśmy terminu najszczęśliwiej. Jechaliśmy kompletnie na żywca i liczyliśmy, że od ręki znajdziemy tani hostel, a tu kicha. Okazało się że trafiliśmy na 3 dni świąt pod rząd: święto z kalendarza lunarnego Chińczyków, święto niepodległości Malezji i koniec Ramadanu, co mocno wpłynęło na zapełnienie hosteli. W końcu, zaprowadzeni gdzieś przez jakiegoś lokalsa, dostaliśmy dwa słabiutkie pokoje (trzeba było dzielić się łóżkami, a ciśnienie było tylko w jednym prysznicu). Przynajmniej nie zaobserwowałem karaluchów.

Po prostu kolumna w losowym budynku. W tle typowy malajski chodnik.
Następnie przeszliśmy się po mieście, którego centrum i historyczna dzielnica są malutkie i dają wrażenie, że to malutka mieścina. A tu według Lonely Planet żyje prawie 800 tysięcy osób! W każdym razie obejrzeliśmy Chinatown i zanurzyliśmy się w kłębiącej i pulsującej życiem masie Chińczyków i turystów kupujących pamiątki, jedzenie ze straganów, garnki, rękodzieło - słowem, niemal wszystko. Trafiliśmy także na show mistrza kung-fu który rozbija kokosy palcem wskazującym (jest w Księdze Rekordów Guinessa). Jednak tak się skupił na swoim "show" i zabawianiu publiki, że znudzeni oczekiwaniem poszliśmy zanim zepsuł choć jedną skorupę. Dzień zakończyliśmy siedząc sobie w knajpce nad rzeką i leniwie rozmawiając.
Chinatown nocą

Oczywiście nie istnieje miejsce bez Polaków. W trakcie szukania hostelu, wpadliśmy na jakąś dziewczynę która nagle nas zapytała "Skąd jesteście? Znacie te trzy Polki które dzisiaj poznałam?" i w ten sposób znaleźliśmy towarzystwo na czas wyjazdu. Agnieszka, poznana w hostelu, to pracująca na stażu w hiszpańskiej ambasadzie w Singapurze dziewczyna mieszkająca na co dzień w Madrycie, a Ola, Marta i Ania to trzy Polki podróżujące po świecie od kilku miesięcy - na razie przejechały prawie całą Amerykę Południową, Australię i są w trakcie podboju Azji. Nawet znalazłem ich bloga: http://lasblondynas.blogspot.sg/

Umówiliśmy się na niedzielę na wycieczkę rowerową, która lekko nie wypaliła z powodu nieprzygotowania jej wcześniej (na obronę dodam, że nas tam miało w ogóle nie być, nie mieliśmy żadnych przewodników, a informacja turystyczna oczywiście zamknięta, bo święto). Rozdzieliliśmy się i nowopoznane koleżanki pojechały z naszą Karoliną oglądać palmy pod Melaką, a my wybraliśmy się na przejażdżkę wzdłuż rzeki. Kompletnie nie żałuję, było naprawdę super, chociaż mocno upalnie.
Cud cyklistyki, A.D. 2012, Melaka. Nawet hamulce działały!
Nie wiem co robiłem z rękami, ale widok na mętną i klimatyczną rzeczkę jestt.


Murale.
Dojechaliśmy także nad samą cieśninę, gdzie na chwilę rozłożyliśmy się w cieniu drzew. Nie poplażowaliśmy, gdyż nie ma tam czegoś takiego jak piasek, tylko duże głazy i falochrony, za to porozmawiałem sobie trochę z miejscowymi. Są naprawdę sympatyczni i próbowali mnie wszystkim częstować. Fajnie widzieć takich otwartych i sympatycznych ludzi, do tego dumnych ze swojego kraju.

Kiedy już oddaliśmy rowery znów wyruszyliśmy do Chinatown, tym razem kupować. Każdy miał jakiś cel do osiągnięcia czy drobiazg do kupienia i na oglądaniu towarów, targach i przekąskach miło minął nam kolejny wieczór.
Handel kwitnie, nawet pomimo przeciwności losu.


Poniedziałek przeznaczyliśmy na obejrzenie postkolonialnej części miasta. Była ona malutka i składała się z kościoła (pierwotnie holenderskiego, potem anglikańskiego), kaplicy zamienionej w cmentarz, właściwego cmentarza, ruin fortu oraz rezydencji gubernatora. Czuć było trochę europejskiego klimatu, nie zdziwiłbym się widząc taki kościół gdzieś w Europie. Takie okazyjne natrafienie na europejską kulturę naprawdę ułatwia życie na obczyźnie, nawet jeśli nie przepadam za kościołami.


Gdy nadszedł na nas czas zebraliśmy się i wyruszyliśmy autobusem do Singapuru. Jechaliśmy dłużej niż w tamtą stronę, przez co do hostelu dotarliśmy już po północy. A dość nam się spieszyło, by zmyć z siebie Malezję - nie dlatego że niefajna, ale upał naprawdę mocno dawał się we znaki. A w połączeniu z wszechobecną w urzędach i autobusach klimatyzacją (oraz z przeziębieniem Hendrika) spowodowała dość mało przyjemne drapanie w gardle, oby wkrótce przeszło..
Na zakończenie: Jebat' expres.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Początek semestru

Wcześniej jakoś o tym nie myślałem, więc wzięło mnie trochę z zaskoczenia. Potem trochę popytałem i oto co z tego wyszło: mają trochę przesunięte semestry w porównaniu do nas. Pierwszy semestr (ciężko mi nazywać cokolwiek letnim w klimacie równikowym) zaczął się wczoraj, w poniedziałek. Wiązało się to z kilkoma rzeczami.

Po pierwsze: tłum.
Czasem dziwiłem się sporej ilości studentów w wakacje - okazało się że robią jakieś prace, dyplomowe i nie, staże itp. itd. Straszono mnie że jak zacznie się semestr to dopiero będzie ciasno i okazało się to prawdą. Wczoraj na jednej z licznych stołówek nie udało nam się znaleźć choć jednego stolika żeby usiąść i musieliśmy wziąć na wynos. Wszystkie stoiska są do tego nieźle przygotowane, zwykle miejsca starcza tylko dla pewnej ilości szczęśliwców, a reszta je gdzie indziej. My przynajmniej mamy w biurze pokój gdzie można spokojnie usiąść, zrobić kawę czy herbatę i skonsumować, a reszta siedzi po korytarzach. Także ilość ludzi czekających na wewnętrzny autobus w godzinach szczytu przerosła moje oczekiwania.
Edit: drugiego dnia przyszedłem dwie godziny później i udało się znaleźć pojedyncze stoliki.

Po drugie: zebranie zespołu.
Zespół mojego prowadzącego, jak zapewne każdy, ma regularne zebrania i początek semestru był idealną okazją na jedno z nich. Jako że NUS jest jednostką naukowo-badawczą pojawili się u nas studenci, jak u nas magistranci - przedstawiono nam dwoje lokalnych studentów: Herberta (magistrant) i dziewczynę której imienia nie wyłapałem (inżynierantka). Była to pierwsza oficjalna okazja gdzie cały zespół zebrał się w jednym miejscu i mieliśmy szansę się poznać. Z oględzin wyszło, że około połowy stanu osobowego stanowią Chińczycy, ze 30% to Hindusi a reszta to Europejczycy (troje Niemców i ja). Poczęstowałem wszystkich ostatnią zachomikowaną z Polski rzeczą - Mieszanką Krakowską - i okazało się że im posmakowały, zwłaszcza Hindusom.

Po trzecie: akcje studenckie i nie tylko.
Zawsze i wszędzie z okazji inauguracji dzieją się różne cyrki. Nie inaczej jest tutaj. Zdarza się że idąc na autobus i skracając sobie drogę przez jakiś dziedziniec wpadam na prezentację kółek zainteresowań, jakichś zajęć organizowanych przez samorząd czy coś czego nie umiem opisać inaczej niż festyn. Wszędzie też wiszą propozycje dołączenia do jakiejś sekcji tanecznej czy innych form aktywności. Nie biorę w tym raczej udziału, jakoś mnie nie ciągnie do angażowania się w coś co za chwilę się skończy. Ale za to wziąłem udział w badaniu genetycznym o alergiach - pobrali ode mnie próbki, sprawdzili najpopularniejszym testem na alergię, kazali wypełnić formularz i dali bon na 10 dolarów do sklepu firmowego NUS. Z tego co się orientuję, to starczy na bidon albo koszulkę. Dobra zapłata jak na pół godziny bumelowania. Nauko - dziękuję!




Edit: Dziękuję także uczelni, bo mi zapłaciła. Teraz tylko żyć, nie umierać!

sobota, 11 sierpnia 2012

Trochę wolnego

Miniony czwartek, 9 sierpnia, był dniem wolnym od pracy. Powodem było święto narodowe - National Day, 47. rocznica odłączenia się Singapuru od Malezji. W wolnym dla wszystkich dniu (poza dodatkowymi policjantami, straganiarzami itd.) w mieście odbyła parada, pokaz wojska (łodzie i samoloty), fajerwerki, koncerty i takie tam wypełniacze czasu.

Muszę przyznać że liczyłem na coś więcej - przyszliśmy nad zatokę koło 17, żeby zaklepać sobie miejsce na trawce i zrobić piknik do 20, o której miały być fajerwerki. W międzyczasie prawie nic się nie działo, chyba że ktoś wykupił bilet na trybuny na stadionie - tam cały czas był jakiś program rozrywkowy. Parada też jakoś nie przechodziła niedaleko nas, myśliwce więcej akrobacji wykonywały na cotygodniowych próbach a z niespodzianek pojawili się na chwilę motolotnicy z kolorowymi spalinami i trzy śmigłowce, które obleciały zatokę z jedną flagą Singapuru i odleciały.
Piknik
Same fajerwerki były dość specyficzne - na zmianę super intensywne i bardzo mierne. Niebo albo było przez 2-3 minuty bez przerwy rozświetlone, albo nie było na nim absolutnie nic przez 5-10 minut. Strasznie rozwlekało to pokaz, ale może był w tym jakiś zamysł typu połączenie fajerwerków z tym co się dzieje na scenie co urządzało tylko dla posiadaczy biletów. Bardzo dobrze wypadły za to wieżowce  - świeciły ładnie przez cały czas.

Marina Bay Sands - ma basen tam na dachu.


Jeden z bardzo wielu "motywujących" napisów.
Atmosfera pikniku była bardzo sympatyczna - koło nas siedziała dość duża singapurska rodzina i dwójka jej dzieci, 3-latka i 16-latek się z nami zaprzyjaźnili. O ile dziewczynka chciała tylko przybijać piątki, to chłopak z chęcią opowiadał nam o Singapurze i o tym jak zwykle obchodzą tu święta.

Piątek był zwykłym dniem roboczym, a po nim weekend! Można było się polenić, pospać do 11 i wtedy zastanowić się co dalej zrobić z tym upalnym dniem. Stanęło na rozdzieleniu się - trójka Polaków z hostelu poszła na jakiś hiking, a ja z Henrykiem poszliśmy pozwiedzać Gardens by the Bay oraz Carrefoura niedaleko. O ile ogrody są śliczne (przecudny internet jednak powstrzymuje mnie przed wrzuceniem zdjęć, zajęłoby wieki...), to jednak lepiej by było je zwiedzać jasnym wieczorem niż gorącym popołudniem. Ze 2-3 razy wracaliśmy do klimatyzowanej informacji turystycznej by odpocząć... Zakupy w Carrefourze okazały się porażką - myśleliśmy że jeśli sklep jest tani w Europie, a tu jest pierwszym i największym supermarketem, to będzie relatywnie tani. Rzeczywistość wyprowadziła nas z błędu i skłoniła do zakupów w chińskim sklepiku niedaleko hostelu, chociaż przy okazji zaopatrzyła nas w chleb. Skuszeni wielką ilością dobrze wyglądającego pieczywa wzięliśmy sobie jedną bagietkę - okazała się dość sucha, a i w smaku czuć było coś dziwnego. Cóż, jeszcze tylko 2 miesiące na tostowym w takim razie.

Plany na niedzielę? East coast beach i leżenie plackiem po jakimś seafoodzie :)

wtorek, 7 sierpnia 2012

Kota Kinabalu

Mimo iż nazwa brzmi zabawnie jest to jedno z ważniejszych miast na wyspie Borneo. Jest stolicą stanu Sabah oraz miejscem które ugościło mnie przez kilka dni.
Słit focia ze skorupiakiem. Żywym, a jak.

Zaczęło się od skorzystania z AirAsia - podobno najlepszej taniej linii lotniczej na świecie. Faktycznie nie było źle, ale pewnie dlatego że nie jestem wysoki - parę centymetrów więcej i kolana by mi się nie mieściły. W ogóle cała usługa budzi silne skojarzenia z autobusem poprzez masowość transportu - wsiadasz do samolotu z którego przed chwilą wysiadło 120 osób, by minąć się z kolejną setką przy wychodzeniu. W drodze powrotnej wsiadając upewnialiśmy się czy to na pewno nasz lot, bo parę minut wcześniej niemal wsiadłem do samolotu do Kuala Lumpur. Ale co począć gdy wypuszczają Cię z budynku i machają rękę w stronę trzech identycznych samolotów? Sam lot przyjemny, bezproblemowy i wygodny i bardzo dobrze, bo jeszcze parę razy się z tymi liniami przelecę.
Do wyboru do koloru.


Po przylocie do KK trzeba było dostać się do miasta. Aby wziąć taksówkę trzeba było wykupić w kasie talon na przejazd i po skończonej jeździe wręczyć go kierowcy. Po ok. 15 minutach jazdy znaleźliśmy się na jednej z nadmorskich uliczek pełnej hosteli i tuż obok targu z owocami morza. Obejrzeliśmy kilka z nich i po stwierdzeniu że wszystkie są takie same (ok. 1 karaluch w pokoju, parę łózek, prosta łazienka) wybraliśmy najtańszy i zaklepaliśmy na 3 noce - całe 50 złotych! Na zakończenie dnia poszliśmy na targ by obejrzeć ofertę i byliśmy zachwyceni (jeśli nie licząc paru karaluchów widzianych po drodze).

Na kolację krewetki i mątwy.

Wszędzie były stoiska z kilogramami grillowanych ryb wszelakich rodzajów, krabów, homarów, kałamarnic, mątw, krewetek i wielu innych owoców morza. Oczywiście można było także zamówić tradycyjne miejscowe dania takie jak smażony makaron/ryż, miejscowe desery oraz sataye - małe szaszłyczki maczane w ostrym sosie sojowym.

Sataye i skrzydełka z karczaka.

W sobotę, czyli faktyczny pierwszy dzień pobytu, wynajęliśmy z rana łódkę i popłynęliśmy na pobliską wyspę Pulau Sapi, leżącą na terenie parku narodowego obejmującego kilka rajskich wysepek przy wybrzeżu Borneo. Na każdej był obowiązkowo jasny i miękki piasek okolony turkusową wodą, a na lądzie rosły palmy i sprzedawano jedzenie. Poleniuchowaliśmy pół dnia korzystając z pomysłu użycia poprzedniego dnia strefy wolnocłowej (tak, Sabah jest specjalną strefą paszportową i nawet lecąc w obrębie Malezji mogliśmy zakupić tani jak na miejscowe warunki alkohol), maski do snorkelingu (nurkowanie bez butli), prażącego słońca i pięknej wody. Spędziliśmy tam prawie cały dzień, a wieczorem poszliśmy pozwiedzać miasto. Dziewczyny upierały się że jakiś fajny meczet jest blisko i pokazały nam mapę - jak się okazało po ponad dwóch godzinach marszu- nieproporcjonalną. Meczet faktycznie sympatyczny, ale zamknięty dla turystów jednak może to i lepiej - mogliśmy przez dużo otwartych drzwi pooglądać jak wygląda muzułmańska modlitwa. W chińskiej świątyni tylko pół godziny dalej nie mieliśmy tyle szczęścia, bo była zamknięta na głucho. Odmówiliśmy wracania na piechotę i zatrzymaliśmy na stacji benzynowej duży samochód z tubylcem i poprosiliśmy o potaksówkowanie naszej wesołej dziewiątce. Zgodził się i w trakcie jazdy sporo nam opowiadał o okolicy i sobie - dowiedzieliśmy się że przeszliśmy do jakiegoś innego miasta, gdzie on pracuje jako sprzedawca ubrań, podczas gdy byliśmy przekonani że cały czas byliśmy w KK i złapaliśmy taksówkę... Dzień zwieńczyliśmy upolowaniem i pozbyciem się jedynego widocznego karalucha z naszego pokoju.


Seafood

Niedziela, niestety, nie była taka sympatyczna - nie udało nam się znaleźć tańszego transportu do parku narodowego wokół najwyższej góry w tej części Azji i skorzystaliśmy z usług pośrednika. Nie dość że busik się spóźnił ponad godzinę (a park był ze 100 km dalej i był czynny tylko do 16), to jeszcze kierowca wbrew obietnicom ani nie mówił po angielsku ani nas nie oprowadził po parku ani nie zawiózł do skansenu. Nie udało nam się zejść z ceny, bo się mocno wykręcali a jakbyśmy uciekli nie płacąc to biedak który nas woził pewnie by musiał pokryć wszystko ze swojej kieszeni (a zarabiał żałośnie mało...).

Sam park naprawdę fajny - można tam robić wiele rzeczy i skorzystać z rozmaitych szlaków. My przeszliśmy z ok. 2200 na 2500 mnpm w scenerii podobnej do tej z Niskich Tatr, tyle tylko że roślinność była mocno tropikalna. Bardzo sympatycznie wyszło, a do tego pozwoliło zapomnieć o tęsknocie za górami - w końcu nie udało mi się w tym roku w nie wcześniej pojechać. Jednak biorąc pod uwagę naprawdę nieprzyjemną sytuację transportową ciężko nazwać ten dzień pozytywnym i do końca udanym. Przynajmniej kolacja była jak zawsze pyszna.
Bananowiec! Najpierw rośnie w górę, dopiero potem przeważa kiść w dół.


Poniedziałek, nasz ostatni dzień na Borneo, znów stał pod znakiem plaży. Wzięliśmy łódkę i po obejrzeniu wioski stojącej na palach, jakieś 200 metrów od brzegu. To i tak nie jest najbardziej niezwykły sposób mieszkania w okolicy - niektóre wioski nie mają nawet pali i swobodnie dryfują po morzu.














Może i ściany z kartonu i blachy, ale kable i motorówka są.



Popłynęliśmy na inną wyspę, Pulau Mamutik, ale odkryliśmy niemal to samo co na Sapi. Wyspa była troszkę większa, a na skałach znaleźliśmy dwa warany z Komodo.
 Ciekawe stworzenia, niesamowicie powolne na ladzie, za to w wodzie podobno strasznie sprawne. Wniosły trochę urozmaicenia do plażingu, także zadowoleni wróciliśmy na główną wyspę i udaliśmy się na lotnisko by wrócić do siebie. Airasia nas zaskoczyła, bo pomimo że autobu.. samolot spóźnił się 5 minut, to na miejsce przylecieliśmy 20 minut przed czasem. Wycieczkę zakończyliśmy pozbywaniem się miejscowej waluty poprzez kupowanie masła orzechowego, ciastek i hamburgerów oraz otrzymaniem kolejnego stempelka w paszporcie.

Na zakończenie pan i władca - ten kot rozwalił się na kartonach na samym środku sklepu i czuł się tam bardzo dobrze. Przeważnie nawet nie zwracał uwagi na omijających go klientów.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Tak mija czas przed Borneo

Zgodnie z przewidywaniami życie się powoli ustatkowało. Nie mam potrzeby pisać codziennie, bo albo nie mam czasu albo nie mam o czym. Jednak dzisiaj jest o czym - znowu wyjeżdżam! Tym razem na Borneo, a konkretnie do Kota Kinabalu - miasta leżącego w północnej części wyspy należącej do Malezji. Wszystko gotowe: praca na dziś odfajkowana, wolne w poniedziałek załatwione, plecak spakowany, ludzie umówieni, bilety wydrukowane, a tu jeszcze godzina do wyjazdu.

Może jest to dobre miejsce na garść obserwacji z życia za granicą. Człowiek szybko się przyzwyczaja do odmiennych zwyczajów, miejsc, tras i szybko traci to wrażenie nowości. Na początku wszystko było inne, nie do końca zrozumiałe, nowe. Teraz nawet jeśli natknę się na coś nowego to stwierdzam "heh, w sumie normalne" i tyle. Trochę szkoda, bo tak na pewno tracę trochę wrażeń, jednak bycie pod wrażeniem cały czas mogłoby nie być jakoś super przyjemne.

Całe szczęście nie wszystko jest jeszcze stracone. Ostatnio poszedłem na lunch z Anandem (a może raczej: pojechałem, bo po całym kampusie jeździ z 5 bezpłatnych linii autobusowych) i w trakcie naszego posiłku zaczęła się tropikalna burza. Nie było problemu w czasie posiłku, bo jedliśmy pod dachem, ale zmiana rutyny zaczęła się gdy nadszedł czas wracać. Zrezygnowaliśmy z przejścia do autobusu, bo to oznaczałoby bliskie spotkanie ze ścianą deszczu. Dlatego skorzystaliśmy z tego że niemal wszystkie budynki są ze sobą połączone zadaszonymi przejściami. Byłą to pouczająca przechadzka.

Po pierwsze: ilość budynków. Tak jak u nas na PW jest ze 20 gmachów łącznie i wydział zajmuje +- jeden budynek, to tutaj jest pomieszanie z poplątaniem. Faculty ma po parę budynków i są one rozdzielone między departamenty (np. Faculty of Science-> Dept of Physics czy Dept of Chemistry). I bynajmniej nie kończy się tak że odpowiednik naszego wydziału ma jeden budynek - każdy (powiedzmy) kierunek czy specjalność mają swoją siedzibę. Co daje ogromną liczbę "gmachów" (są trochę mniejsze niż nasze gmachy), a wciąż dobudowują miejsca gdzie można się będzie zgubić (m.in. rozbudowują szpital).

Po drugie: wielopoziomowość. Kampus NUS znajduje się na pagórkowatym terenie. Co z tego wynika? Ano to, że idąc na jednej wysokości a zmieniając tylko budynki da się zaliczyć piętra od parteru do czwartego! Po prostu każdy budynek ma podstawę na innej wysokości i numeruje piętra względnie, wobec siebie a nie jakiejś bezwzględnej skali.

Po trzecie: funkcjonalność i nowoczesność. Z tego co się orientuję, to kampus ma ~60 lat. Znacznie mniej niż PW czy średniowieczny UJ, co często widać. Większość budowli jest w podobnym stylu - z zewnątrz wyglądają na białe bryły z czarnymi elementami z podłogami wyłożonymi ceglastymi kafelkami - i jest bardzo funkcjonalna. Zamiast kolumienek, akantów, schodów kręconych czy braku ciągłości schodów (na pierwsze piętro tutaj, żeby przejść na drugie to trzeba zejść, pójść naokoło i innymi) jak w naszych niektórych zabytkach, są jasne oznaczenia jak dojść do którego miejsca, mapki kampusu, dużo schodów i wind. Każda jednostka ma jakąś recepcję, miejsce do pochwalenia się osiągnięciami, kanapy i fotele, często mają też własne pokoje z maszynkami do kawy. Nie ma  jakichś specjalnych ozdobników, ale są ławki, szafki na kłódki, wi-fi, automaty z napojami, dużo toalet. Przechodziłem też koło dwóch bibliotek - angielskiej i chińskiej. Nie miałem jak ich zwiedzić, ale na pewno kiedyś to zrobię - są na oko co najmniej tak nowoczesne jak nowa część BG PW.

Kiedy skończyła się połączona część, a my wciąż byliśmy z dwieście metrów od celu, usiedliśmy sobie w lounge area i poczekaliśmy. W jednej z wszechobecnych stołówek (często największym dylematem dnia jest gdzie zjesć lunch) zamówiliśmy coś do picia i popatrzyliśmy na potop zalewający palmy i inną egzotyczną zieleń. Przy okazji rozejrzałem się trochę po budynku - Student Centre. Można tu załatwić niemal wszystko - są tu zarówno siedziby administracji (coś jak ogólnouniwesytecki dziekanat), samorządu studenckiego (muszę kiedyś do nich wpaść i zobaczyć na jakiej zasadzie działają - jednak z tego co widziałem na plakatach to albo są bardzo prężni albo mają dużo kasy), pokoje do nauki i inne chillout nie-wiem-co (żeby wejść trzeba mieć legitkę, a ja nie posiadam), bank, poczta, sklep, kawiarnia, stołówka... Wszędzie starają się uprościć życie - np. w "dziekanacie" jest elektroniczna tablica z numerkami petentów - jak na naszej poczcie.

Wprawdzie czas na lunch nie jest ograniczony, ale kiedyś trzeba było wrócić jako że był to dzień sprzątania w labie. Ja nie musiałem, ale Anand tak, dlatego przebiegliśmy parę metrów do przystanku i podjechaliśmy dwa (zamiast jednego), żeby wysiąść pod dachem i dalej zadaszonym przejściem dobrnąć do naszego S1a. Po drodze minęliśmy teren sportowy - mnóstwo kortów tenisowych, boisko do piłki nożnej, bieżnia, basen (odkryty, tak jak wszystkie które widziałem w Singapurze) i co tylko można sobie wymarzyć. Przy przeskakiwaniu do i z autobusu (jakieś 2 metry pod gołym niebem) mocno przemokliśmy, kałuże też nie pomagały zachować suchego ubrania - aż trochę boję się myśleć co by było jakby trzeba wracać na piechotę.

W podsumowaniu wypada powiedzieć, że jest to miejsce bardzo przyjazne pracownikom i studentom. Wszędzie można podjechać, pracuje się w komfortowych warunkach, nie utrudniają życia na siłę. Ale tu za semestr studiów grubo się płaci, może jednak coś w tym jest?