*nie mam niestety wszystkich zdjęć, jest dziura na dni 23-24.09
Po tym jak spędziliśmy spokojnie dwa pełne dni w Singapurze
nadszedł czas na wyjazd. Zakupiłem przez Internet bilety na podróż Johor Bahru
– Kuala Lumpur na 23 i uznałem, że mogę pojawić się chociaż na chwilę na
urodzinach znajomych. O ile było fajnie, to mógł to być błąd – przechodzenie po
drinku przez granicę muzułmańskiego kraju chyba nie było najmądrzejsze.
Przynajmniej przekazałem Jonathanowi kabanosy (ale się ucieszył!) i pogadałem z
Nawani, znajomą Francuzko-Khmerką, która opowiedziała mi trochę o Kambodży i
czego można się spodziewać. W autobusie jakiś pan zapytał czy mówię po
angielsku, a następnie wręczył mi miejscową gazetę bym mógł sobie poczytać –
żałuję że zrobiłem to dopiero następnego dnia, artykuł w którym opisywano My
Little Pony mnie powalił na kolana.
| Chcę by ten film powstał! |
Już na dworcu autobusowym okazało się, że coś jest nie tak z
naszym biletem – wydrukowałem wszystko, co mi przesłali do 19, czyli
potwierdzenie zapłaty. Wyszło na to, że potrzebują późniejszego papierka i jest
problem. W końcu pojechaliśmy na podstawie potwierdzenia przelewu i moich
odręcznych notatek, opisujących firmę i miejsce odjazdu.
| Wstawka jeszcze z Singapuru - wizyta w moim laboratorium i focia z mikroskopem (którego w życiu nie używałem, ale i tak wygląda fajnie) |
Do Kuala Lumpur dotarliśmy o 4 rano. Myślałem, że kierowca
będzie jechał trochę wolniej i dojedzie o ludzkiej porze, ale najwidoczniej
czas to pieniądz. Woleliśmy przeczekać na dworcu półtorej godziny (no, bliżej
dwóch) niż płacić w dolarach po śmiesznym przeliczniku za taksówkę i muszę
stwierdzić, że jest to super budynek z jedną poważną wadą – jak na największy
dworzec autobusowy w stolicy sporego kraju razi brak kantoru.
| Krzysiek pod Petronas Towers. |
Gdy już ruszyła kolejka/metro jakoś dotelepaliśmy się za
posiadane drobne do hostelu, gdzie mimo wczesnej godziny dali nam zarezerwowany
pokój. Następnie chodziliśmy po okolicy w poszukiwaniach kantoru i zrezygnowani
wybraliśmy się pod Petronas Towers. Widok, jak poprzednio, imponujący. Bryła
stali, betonu i szkła sięga nieba, w otoczeniu same wieżowce, a w środku
burżujskie centrum handlowe. Tu już zacisnęliśmy zęby i poczekaliśmy do
otwarcia kantoru, a po zakupie ringitów i wymianie części z nich od razu na
dolary amerykańskie (praktycznie oficjalną walutę Kambodży) wybraliśmy się pod
miasto obejrzeć jaskinie Batu. Byłem tam już raz, ale uznałem, że warto to
pokazać Krzyśkowi, a także dlatego że nie miałem lepszego pomysłu na KL. Jaskinie
nie zawiodły, a dojazdy pożarły trochę czasu i pozwoliły się zdrzemnąć. Po
przejściu się po Chinatown poszliśmy spać, gdyż zarówno przyjechaliśmy wcześnie
jak i musieliśmy jeszcze wcześniej wstać – samolot o 6:50 z lotniska 30
kilometrów pod miastem to nie jest nic.
W piątek rano, po przejściu przez dość podejrzanie
wyglądające okolice o parszywej godzinie (mimo której wciąż byli na ulicach
ludzie – głównie jedli w mobilnych knajpkach). Dotarliśmy na lotnisko z zapasem
i spokojnie doczekaliśmy krótkiego lotu do Siem Reap – bazy wypadowej do
zwiedzania świątyń Angkoru. Wiza została przyznana od razu, a taksówkarz szybko
zawiózł nas do hotelu. Zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy zwiedzać.
Na samym początku był mały zgrzyt – zepsuł się motor w naszym
tuk-tuku. Ten pojazd to generalnie motor z przyczepką, w której są miejsca do
siedzenia i daszek. Szybko wymienili nam pojazd wraz z kierowcą – tym razem
zamiast mrukliwego chłopaka ze zdezelowanym motorem dostaliśmy batmobil i
Youro.
| Youro i Batmobil |
Dokładnie tak – nasz kierowca nazywał się tak jak europejska
waluta, a jego czarny tuk-tuk był ozdobiony motywami z Batmana. W tym
towarzystwie cakiem miło spędziliśmy dzień.
Zaczęliśmy od daleko położonych świątyń Banteay Shrei, Banteay
Srem. Poza tym odwiedziliśmy też muzeum min lądowych i świątynię Pre Rup.
| Banteay Shrey |
Banteay Shrei, od której zaczęliśmy jest o tyle
charakterystyczna, że została zrobiona z piaskowca, który lepiej od innych
materiałów zniósł tysiąc lat tropikalnego klimatu. Dodatkowo, wszystkie rzeźby
są tu mniej więcej na wysokości oczu zwiedzającego zamiast na suficie, a jest
co oglądać – autentycznie ma się wrażenie że są trójwymiarowe.
| Shrey było otoczone przez pola ryżowe. |
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o muzeum min lądowych, które
okazało się dość mocnym przeżyciem – niech Muzeum Powstania Warszawskiego się
schowa, tutaj przynajmniej część ofiar świadomie wybrała ten los. To muzeum,
dzieło człowieka który walczył na kilku frontach od skończenia 10. roku życia,
choć nie jest pewny swego oryginalnego imienia ani daty urodzin. Zobaczył tyle
okropieństw na wojnie, że postanowił coś zrobić dla kraju, a że znał się na
minach, to zaczął deminować kraj. W muzeum była tylko część jego kolekcji
rozbrojonych ładunków, wraz z wykopanymi karabinami, rusznicami przeciwpancernymi,
grantami… Całości dopełniała sensowna wystawa o sytuacji w Kambodży i ogólnie o
masowych morderstwach w ciągu ostatniego wieku. Naprawdę robi wrażenie, warto
dać trzy dolary (które i tak idą na sierociniec dla ofiar min) i spędzić tam
trochę czasu.
| Tylko część z wykopanego z lasów niebezpiecznego złomu. |
W Banteay Srem wpadliśmy na Tomka i umówiliśmy się z nim na
później – miał nam opowiedzieć gdzie i jak zgubił Kamilę i Karolinę. Srem było
trochę inne od Shrei, ale ciężko to opisać bez zdjęć albo jakichś
architektonicznych szczegółów.
| Shrei |
| Shrei |
Dość powiedzieć, że wszystkie świątynie były
super, ale:
1)
To faktycznie są ruiny – tu się coś zawaliło,
tam nie ma przejścia itd.
2)
Budynki się różnią, ale dla laika nie są AŻ tak
różne
3)
„One dolar, please. Buy (cokolwiek)” Wszędzie
dzieci i bardziej podrośnięci cwaniacy oferujący pamiątki, pocztówki, owoce,
napoje, usługi przewodnika, rękodzieło i co tam jeszcze. Idą za Tobą przez
całkiem spory kawałek nie przejmując się Twoim „nie” i są naprawdę namolni. Po
pierwszym dniu jak tylko widziałem kogoś wyglądającego na lokalnego, starałem
się iść naokoło…
Wieczorem zjedliśmy sobie obiad i
poszliśmy na wyśmienity khmerski masaż – 5 dolarów za godzinę masażu przez
niewidomego. Podobno mają oni lepsze wyczucie – nie znam się na tym, ale mogę
powiedzieć, że naprawdę bardzo mi się to podobało. Umówiliśmy się z Tomkiem na
wspólne zwiedzanie i pożegnaliśmy.
| Pora deszczowa zagwarantowała niewiele turystów |
W sobotę zaczęliśmy relatywnie
późno, bo o 7:30. Zrobiliśmy tzw. dużą pętlę, pokrywającą najważniejsze
świątynie w centralnej części kompleksu i kawałek dalej. Jako że jest pora
deszczowa i dość często pada ludzi nie było specjalnie dużo i można było
spokojnie oglądać Angkor Wat, Angkor Thom, Ta Prohm i jeszcze jedną. Małe
urozmaicenie, w każdym razie dla architektonicznych laików bez żywego
przewodnika, ale z książką w dłoni. Robiły duże wrażenie, ale da się to, jak
wcześniej, sprowadzić do konkluzji: Imponujące, że budowali takie rzeczy w
czasie gdy chrzczono Polskę, ale teraz to się sypie.
| Srem |
Wieczorem spotkaliśmy się w końcu
z dziewczynami – okazało się, że okradziono je w Phnom Penh, zanim wyruszyły
łódką obejrzeć jakąś wioskę po drodze do Siem Reap. Dobrze że tylko z części
pieniędzy… Poszliśmy na sławny (podobno) night market gdzie trochę się
naszukaliśmy i potargowaliśmy, ale koszulki dostaliśmy.
Znowu poszliśmy wcześnie spać, bo
plan na następny dzień przewidywał wschód słońca w Angkor Wat (przez chmury –
nic specjalnego) a potem autobus do Bangkoku. Mimo naszych obaw autobus ruszył
o czasie i dość szybko dojechał do granicy, gdzie wbrew internetowym
zapewnieniom, że idzie szybko i sprawnie przekoczowaliśmy w najgorszym upale ze
dwie godziny. W międzyczasie Krzysiek zgubił naklejkę pełniącą rolę biletu i
trzeba było dokupić miejsce w autobusie, co dodało trochę nerwów do wyprawy.
Następnie minibusikiem pojechaliśmy do Bangkoku. Podróż przebiegła dość
sprawnie, ale i tak trwała ok. 12 godzin zamiast obiecywanych 7-8, głównie
przez postój na granicy. W stolicy Tajlandii znaleźliśmy hostel tuż przy
głównej turystycznej ulicy i poszliśmy się rozejrzeć.
| To już w Singapurze - uczę Szopena. |
Jedno słowo: chaos. Drugie:
naganianie. Tak mniej więcej wygląda Bangkok, jeśli jesteś turystą. Co chwilę
chcą Ci coś sprzedać korzystając z różnych technik, od niemal żebrania, przez
zagajanie rozmowy po podawanie ręki i niemal prowadzenie siłą do swojego
sklepiku. Miłym akcentem na koniec dnia był tajski masaż, który był bardziej
rozciągający niż „uciskowy” w porównaniu do khmerskiego. Ubawił mnie też pewien
pijany Brytol – gdy poprosiłem kelnerkę o hasło do wi-fi i mi je wpisywała do
telefonu podszedł z wyciągniętą Nokią 3310 głośno twierdząc że on też chce. Ciekawa
próbazdobycia jej numeru, niestety nie przyjął odmowy cicho i zagłuszał muzykę
śpiewaną na żywo przez całkiem utalentowaną Tajkę. Ukoronowaniem wieczoru
jednak było patrzenie jak tajskie jedzenie pokonuje Krzyśka – zawsze lubił
ostre rzeczy, ale tu dosłownie zrobił się mokry na twarzy i każdy kęs musiał
popijać. Moje zielone curry też nie było łagodne, ale daleko mu było do tego
poziomu ostrości.
Następnego dnia zaczęliśmy od
przejścia się według znalezionego w necie przewodnika „Jeden dzień w Bangkoku”.
Zaczęliśmy od wyprawy na brzeg kanału, by obejrzeć resztki fortyfikacji i
buddyjskie świątynie. Po drodze zostaliśmy zagadani przez niezliczoną liczbę
taksówkarzy (do tych nie mam pretensji) oraz kilku lokalnych naganiaczy i
przynajmniej trzech „nauczycieli” – przedstawicieli najpopularniejszego
szwindlu w okolicy. Zyskuje się zaufanie ofiary poprzez zgadania, zapytanie
skąd się jest, stwierdzenie, że się jest nauczycielem „w tej szkole” i
machnięciu ręką w dowolnym kierunku. Następnie powinien naciągnąć naiwnego
turystę do zakupu srebra/klejnotów/czegokolwiek do odsprzedania we własnym
kraju. Za każdym razem szybko się wykręcaliśmy, ale nie było to przyjemne.
Lokalni często próbowali nas przekonać, że atrakcja do której idziemy jest
zamknięta i powinniśmy iść z nimi do jakiegoś innego posągu Buddy – wariacja na
temat poprzedniego oszustwa. Poraziła mnie jednak skala tego przedsięwzięcia –
niemal każdy Taj, który do nas zagadywał kłamał. Doprowadziło to do tego, że
przestaliśmy im ufać w ogóle i nawet jak chłopak czyszczący podłogę w którejś
ze świątyń chciał być uprzejmy, to go spławiliśmy, bo myśleliśmy że i on nam
zaraz powie że świątynia w sumie jest zamknięta. Raz nawet się zdarzyło, że
jakiś człowiek próbował nas wyciągnąć ze świątyni, w której już byliśmy,
krzycząc że zamknięta. A obok tabliczka że otwarta, a w środku turyści... Po
prostu żal.
Po paru próbach i błędach oraz
pewnej ilości błądzenia udało nam się skorzystać z szybkiego tramwaju wodnego,
czyli po prostu dużej motorówki traktującej rzekę jak kolejną linię metra.
Ciekawy sposób wykorzystania wody w mieście, chociaż nie jestem pewny czy to
brązowe to na pewno była woda – skojarzenia z Ankh Morpork są jak najbardziej
na miejscu.
Gdy obejrzeliśmy już kilka świątyń
(wszystkie dość podobne do siebie, więc nie kusiło by szukać następnych)
przejechaliśmy się do nowej części Bangkoku – na Siam Square. Przejażdżka
SkyTrainem (metro, tyle że kilkanaście metrów nad ziemią) była przyjemna – nie
dość że klimatyzowana, to przez 20 minut nikt nas nie próbował okłamać ani
nigdzie zaprowadzić. Po obejrzeniu burżujskich cen (i przygotowaniu się do
targowania wieczorem) wróciliśmy taksówką w ponoć legendarnym korku. Zanim
znaleźliśmy taksówkę która użyje taksometru straciliśmy trochę czasu, ale
oszczędziliśmy połowę wartości kursu – tak brzmiała oferta tych nieuczciwych.
Na miejscu postanowiliśmy znowu
spróbować masażu, tym razem samych stóp – znowu było fajnie, ale wciąż wolałem
masaż khmerski. Gdy weszliśmy do knajpki coś zjeść nagle się rozpadało i zalało
całą ulicę po łydki. W budynku naprzeciwko nas było jakieś zwarcie i
oglądaliśmy ewakuację ludzi i przyjazd półnagich strażaków – całe szczęście nic
poważnego się nie stało. Jednak deszcz utrudnił plany zakupowe na wieczór –
część kramów była zamknięta, do wielu trzeba było brodzić w wodzie wątpliwej
czystości. Ale udało się. Do zewnętrznej baterii kupionej przed deszczem
dołączyło trochę pamiątek i można było zakończyć dzień. Warto odnotować, że
Tajowie faktycznie po pierwszej sprzedaży danego dnia biorą otrzymane pieniądze
i uderzają nimi o pozostałe im przedmioty – ma to je zachęcić do sprzedania się
szybciej i za więcej. Wygląda bardzo sympatycznie.
We wtorek, ostatni dzień
wycieczki, wstaliśmy na autobus który o 7 miał nas w 45 minut zawieźć na
lotnisko na lot o 9:45. Jedyne co się sprawdziło, to czas wstanie. Busik
spóźnił się pół godziny, jechał z 75 minut, a samolot odlatywał o 9:25.
Zdążyliśmy do samolotu, ale zamiast spokojnie zjeść śniadanie na lotnisku
dotarliśmy zdyszani do wejścia do samolotu z 10-15 minut przed odlotem. Mało
jak na międzynarodowy lot…
JetStar, australijska tania linia
mnie pozytywnie zaskoczyła w porównaniu z AirAsią. Oferowała więcej miejsca na
kolana, a stewardesy miały ładniejsze mundurki. Niestety ceny posiłków miała
takie same jak AA, tyle że w dolarach – ponad dwa razy większe. Dlatego
zjedliśmy dopiero w Singapurze.
W mieście lwa pojechaliśmy do
mnie, przepakowaliśmy rzeczy Krzyśka i poszliśmy zwiedzać Botanic Gardens.
Rozkoszowaliśmy się atmosferą, gdzie każdy przechodzień nie próbuje nam czegoś
sprzedać albo gdzieś skierować wbrew naszej woli, a następnie zakończyliśmy
azjatycką wycieczkę Krzyśka poprzez napchanie się do pełna pysznym lokalnym
jedzeniem.
Tyle podróży na razie, ciąg dalszy
w sobotę. Kierunek: Tajlandia, Phuket.
| A dla biotechnologów: barwinek różowy! Dr Pilarek powinien się ucieszyć. |




















