poniedziałek, 10 września 2012

Obfity koniec tygodnia



Wodospad, a co.

Piątek nie zapowiadał się specjalnie. Myślałem że może skoczymy gdzieś z chłopakami na piwo czy pogramy w monopol, ale wyszło inaczej.
Zaczęło się od tego, że rano zastanawiałem się dlaczego nie widzę nikogo z labu. Potem okazało się, że przegapiłem spotkanie grupowe, co mnie bynajmniej nie ucieszyło, ale żadnych konsekwencji poza tym nie było. Swojej pracy nie posunąłem w ogóle do przodu, za to pomogłem zarówno Klausowi jak i Xue Wen – z każdą osobą zrobiłem raz transfekcję, by pokazać jak to robię na tej konkretnie maszynie. Gdy powoli zbierałem się do hostelu zostałem zapytany czy nie chciałbym się przejść do Gardens by the Bay z chińską grupą, na co przystałem.

W trakcie gdy czekaliśmy na brata Xue Wen w metrze dorwałem się do 7-eleven (Żabki) i kupiłem sobie zupkę chińską na wynos, po części z głodu po części dla zabawy – w Polsce jakoś nie widziałem takiej opcji. Potem poszliśmy do kas i kupiliśmy bilety na wejście do szklarni Cloudy Forest - 11 dolarów, po zniżce. Tutaj miejsca do zwiedzania czy zabawy są albo bezpłatne albo bardzo drogie...
W środku było bardzo przyzwoicie – zwiedzanie zajęło nam z półtorej godziny i obejrzeliśmy wszystko co przygotowali, od wysokiego sztucznego wodospadu, poprzez film o tym jak będzie wyglądać Ziemia gdy średnia temperatura wzrośnie o 5 C aż do orchidei, rosiczek i innych egzotycznych roślin.
Owadożerna roślina.
Niestety nie udało nam się wejść na Skyway – most między dwoma wieżami, dający zapewne wspaniały widok na zatokę i ogrody – ponieważ kropiło, a BHP nie pozwala wchodzić w czasie deszczu. Dlatego przeszliśmy się po burżujskim Marina Bay Sands (galeria, gdzie Armani jest chyba z tych tańszych), chłonąc cudzy luksus i zbytek. Widok na hotelowe kasyno też był wspaniały.
Skyway i sztuczne drzewa.
Część, może ćwiartka, kasyna.
W sobotę zaplanowaliśmy labowego grilla. Wprawdzie miejscowi Polacy się za to na mnie trochę obrazili (mieliśmy żegnać Michała, ale z nim się umówiłem na później, a przełożyć grilla nie miałem jak), ale nie można mieć wszystkiego. Przedpołudnie spędziłem w cudownie swojski sposób – czytając książkę i grając na kompie. Skuszony obietnicami gór jedzenia nie jadłem tego dnia praktycznie nic i bardzo dobrze zrobiłem – jedzenie braliśmy potem do domu torbami, bo nikt nie był w stanie już jeść.
Nie spodziewałem się, że ten grill tak dobrze wyjdzie. Wprawdzie zaczęliśmy z niemal półtoragodzinnym poślizgiem, jednak potem było tylko lepiej. Było mnóstwo miejscowych specjałów (sataye, płaszczka, skrzydełka kurczaka z sosem orzechowo-chili), piwo (niewiele, a i tego praktycznie nie piłem, żeby nie było że Polacy to tylko by pili) oraz ludzie. Odbyła się całkiem niezła integracja, przy dużym udziale dzieci jednej z doktorantek. Trójka dzieciaków w wieku 1,5-5,5 szalała przy piłkach i rakietkach do badmintona wciągając w to różnych członków zespołu. Była też jedna bardzo ciekawa okoliczność, która dla miejscowych może być wadą, ale dla mnie była nie lada atrakcją: park był położony nad morzem, a dokładniej koło doków. Także z jednej strony mieliśmy drzewa, alejki i trawę, a z drugiej żurawie i kontenery, co gwarantowało ciekawe, a w każdym razie niecodzienne, widoki.
Huragan ognia jak w CNK - tyle że w CNK jest cały czas a tu dwa razy dziennie.
Niedziela miała być dniem muzeów. Poprzedniego dnia wszyscy zgodnie mi polecali, żebym poszedł do Asia Civilization Museum i do Nationa Orchid Garden. Zacząłem od orchidei, bo są dziesięć minut spaceru ode mnie. O ile nie jestem wielkim miłośnikiem kwiatów, o tyle muszę stwierdzić że bardzo mi się podobało. Po pierwsze trafiłem na promocję (student wchodzi za darmo, bilet normalny kosztuje pięć dolców), po drugie kwiatów było duża ilość. Prezentowały wiele kształtów, wymiarów, imion (była cała alejka dla orchidei nazwanych imionami vipów czy celebrytów). 
A w Botanic Gardens siedzi sobie Szopen.

Po godzinie zwiedzania przemieściłem się do Science Center, odpowiednika CN Kopernik w Warszawie. Tu już musiałem zapłacić jak dorosły, a szkoda. Wystawa była bardzo wyraźnie skierowana do dzieci, a sporo eksponatów było już dość zużytych – często nie działały przyciski czy wyświetlacze dotykowe. Wszystko było podzielone na sektory tematyczne, a co godzinę były rozmaite pokazy (np. cewki Tesli czy ognisty huragan) co zapewniło że nie dałem rady już iść do ACM. Przeszedłem całe muzeum, chociaż wiele nowych rzeczy się nie dowiedziałem. Ale cóż, ta placówka ma za zadanie szerzyć wiedzę o nauce wśród dzieci, a nie studentów politechnik. Warto było przyjść, z tego też powodu by się przekonać, że Polak potrafi – CNK wcale nie jest gorsze.
Głosowanie na ulubiony wzór. Oczywiście pV=nRT

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz