środa, 19 września 2012

Travel time

Zaczęło się wielkie podróżowanie. Wprawdzie może trochę niefortunnie czasowo, bo zbiegło się z czasem kiedy zacząłem otrzymywać jakieś wyniki, ale już dawno ustaliłem że będę miał kilka dni wolnego. W dodatku przyjechał do mnie brat, by pozwiedzać Azję więc trzeba to wykorzystać. Jedyna wada wspólnego podróżowania to to, że on dzierży aparat, więc ja zdjęcia będę miał dopiero za jakiś tydzień.
Standardowe śniadanie w hinduskiej knajpce.
Zaczęliśmy od wycieczki do Malezji na wyspę Penang w piątek. Bardzo ładnie wyrobiliśmy się czasowo, bo Krzysiek przyleciał do Singapuru o 16, a o 21 już lecieliśmy z lotniska po malajskiej stronie granicy na północ. Penang, często utożsamiany z jego największym miastem, Georgetown, leży niedaleko tajskiej granicy ale znany jest głównie z kolonialnej architektury i bycia przez pewien czas stolicą kolonii brytyjskich w tym rejonie. Nawet wpisali go na listę UNESCO, chociaż nie jestem pewny czy na to zasługuje.
Chińska świątynia na Penang Hill

Na Pulau Penang spędziliśmy dwa przyjemne dni. Dzielnicę kolonialną i Little India obejrzeliśmy w jeden wieczór, bardziej przypadkiem niż celowo - szukając fajnego miejsca do jedzenia, a nie idąc zwiedzać. Dlatego sobotę spędziliśmy pod miastem, oglądając jedną z największych świątyń w Malezji (z podróbką świebodzińskiego pomnika, bo jak to tak można mieć wielką figurę bogini miłosierdzia jak nie po to by kopiować?), Penang Hill górujące nad całą wyspą oraz ogrody botaniczne w których było więcej małp niż dostępnych dla zwiedzających pawilonów.
Mi się tam kojarzy z heksanem...

W niedzielę wezwał nas park narodowy, najmniejszy w Malezji. Przeszliśmy się kawałek dżunglą co nie było ani łatwe ani trudne z punktu widzenia trekkingu, ale niesamowicie męczyło i odwadniało. Za to doszliśmy do kawałka plaży i mogłem popatrzyć jak Krzysiek zażywa pierwszej kąpieli w azjatyckim morzu - sam byłem na to za leniwy. Przy okazji obejrzeliśmy też meromictic lake - dwuwarstwowe jezioro. Bliżej powierzchni znajdowała się słona morska woda pochodząca z przypływu, a pod nią była rzeczna i słodka woda. Wygląda niemal jak zwykłe jezioro, ale jest to unikat, na świecie podobno jest tylko 19 takich.
W lesie tropikalnym.
Penang podobno jest jednym z najlepszych miejsc jeśli chodzi o jedzenie, ale jakoś nie zauważyłem specjalnej różnicy. Może jadłem w niewłaściwych miejscach? Wszystko było dobre, a nasze wegetariańskie hinduskie śniadania wręcz pyszne, ale nastawiając się na niesamowite przeżycia nie mogłem oprzeć się pokusie by pomyśleć "a myślałem że będzie [jeszcze] lepsze".
Na krańcu parku narodowego.

Po nocnym powrocie do Singapuru nastąpiła krótka przerwa. Krzysiek wyruszył na eksplorację miasta, a ja do pracy, w każdym razie na trzy dni. Pierwszego dnia wieczorem udało nam się bezczelnie wbić na basen hotelowy na 57. piętrze hotelu gdzie najtańszy pokój to 500 dolarów za noc i tylko gościom hotelowym przysługuje prawo do korzystania z niego. Widok na miasto z perspektywy jacuzzi - bezcenny, chociaż sporo nerwów przy wchodzeniu było.

Nasi ziomkowie z foodcourtu w Malezji.
Wtorkowy wieczór to oglądanie jednego z najbardziej znanych i najstarszych food courtów w Singapurze oraz wycieczka na wyspę Sentosa - centrum kurortów, drogiej rozrywki i najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentalnej Azji.

Środa to preludium do wielkiego skoku - dzień zaczynamy normalnie, ale wieczorem wybieramy się do Johor Bahru by złapać nocny autobus do Kuala Lumpur. W stolicy Malezji spędzimy jeden dzień, a następnie kontynuujemy tournee samolotem o 6:50 lecąc do Kambodży pozwiedzać świątynie Angkor Wat koło miasta Siem Raep. Po dwóch-trzech dniach liczymy na jakiś autobus do Bangkoku, gdzie po jednym-dwóch dniach czeka nas samolot powrotny do Singapuru. Ja pewnie będę odsypiał albo pisał raport końcowy z praktyk, podczas gdy Krzysiek obejrzy jeszcze kawałek miasta i wieczorem wróci do Europy. Ciekawe ile będzie to wszystko odsypiał...

Satay!
Jako że czeka nas dość ciężki, ale obfity w wydarzenia weekend pozwolę sam sobie życzyć powodzenia, bo nieprzyjemnych niespodzianek nikomu nie potrzeba, zwłaszcza gdy dużo rzeczy może nie pójść tak, jak sobie człowiek zaplanował.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz