wtorek, 7 sierpnia 2012

Kota Kinabalu

Mimo iż nazwa brzmi zabawnie jest to jedno z ważniejszych miast na wyspie Borneo. Jest stolicą stanu Sabah oraz miejscem które ugościło mnie przez kilka dni.
Słit focia ze skorupiakiem. Żywym, a jak.

Zaczęło się od skorzystania z AirAsia - podobno najlepszej taniej linii lotniczej na świecie. Faktycznie nie było źle, ale pewnie dlatego że nie jestem wysoki - parę centymetrów więcej i kolana by mi się nie mieściły. W ogóle cała usługa budzi silne skojarzenia z autobusem poprzez masowość transportu - wsiadasz do samolotu z którego przed chwilą wysiadło 120 osób, by minąć się z kolejną setką przy wychodzeniu. W drodze powrotnej wsiadając upewnialiśmy się czy to na pewno nasz lot, bo parę minut wcześniej niemal wsiadłem do samolotu do Kuala Lumpur. Ale co począć gdy wypuszczają Cię z budynku i machają rękę w stronę trzech identycznych samolotów? Sam lot przyjemny, bezproblemowy i wygodny i bardzo dobrze, bo jeszcze parę razy się z tymi liniami przelecę.
Do wyboru do koloru.


Po przylocie do KK trzeba było dostać się do miasta. Aby wziąć taksówkę trzeba było wykupić w kasie talon na przejazd i po skończonej jeździe wręczyć go kierowcy. Po ok. 15 minutach jazdy znaleźliśmy się na jednej z nadmorskich uliczek pełnej hosteli i tuż obok targu z owocami morza. Obejrzeliśmy kilka z nich i po stwierdzeniu że wszystkie są takie same (ok. 1 karaluch w pokoju, parę łózek, prosta łazienka) wybraliśmy najtańszy i zaklepaliśmy na 3 noce - całe 50 złotych! Na zakończenie dnia poszliśmy na targ by obejrzeć ofertę i byliśmy zachwyceni (jeśli nie licząc paru karaluchów widzianych po drodze).

Na kolację krewetki i mątwy.

Wszędzie były stoiska z kilogramami grillowanych ryb wszelakich rodzajów, krabów, homarów, kałamarnic, mątw, krewetek i wielu innych owoców morza. Oczywiście można było także zamówić tradycyjne miejscowe dania takie jak smażony makaron/ryż, miejscowe desery oraz sataye - małe szaszłyczki maczane w ostrym sosie sojowym.

Sataye i skrzydełka z karczaka.

W sobotę, czyli faktyczny pierwszy dzień pobytu, wynajęliśmy z rana łódkę i popłynęliśmy na pobliską wyspę Pulau Sapi, leżącą na terenie parku narodowego obejmującego kilka rajskich wysepek przy wybrzeżu Borneo. Na każdej był obowiązkowo jasny i miękki piasek okolony turkusową wodą, a na lądzie rosły palmy i sprzedawano jedzenie. Poleniuchowaliśmy pół dnia korzystając z pomysłu użycia poprzedniego dnia strefy wolnocłowej (tak, Sabah jest specjalną strefą paszportową i nawet lecąc w obrębie Malezji mogliśmy zakupić tani jak na miejscowe warunki alkohol), maski do snorkelingu (nurkowanie bez butli), prażącego słońca i pięknej wody. Spędziliśmy tam prawie cały dzień, a wieczorem poszliśmy pozwiedzać miasto. Dziewczyny upierały się że jakiś fajny meczet jest blisko i pokazały nam mapę - jak się okazało po ponad dwóch godzinach marszu- nieproporcjonalną. Meczet faktycznie sympatyczny, ale zamknięty dla turystów jednak może to i lepiej - mogliśmy przez dużo otwartych drzwi pooglądać jak wygląda muzułmańska modlitwa. W chińskiej świątyni tylko pół godziny dalej nie mieliśmy tyle szczęścia, bo była zamknięta na głucho. Odmówiliśmy wracania na piechotę i zatrzymaliśmy na stacji benzynowej duży samochód z tubylcem i poprosiliśmy o potaksówkowanie naszej wesołej dziewiątce. Zgodził się i w trakcie jazdy sporo nam opowiadał o okolicy i sobie - dowiedzieliśmy się że przeszliśmy do jakiegoś innego miasta, gdzie on pracuje jako sprzedawca ubrań, podczas gdy byliśmy przekonani że cały czas byliśmy w KK i złapaliśmy taksówkę... Dzień zwieńczyliśmy upolowaniem i pozbyciem się jedynego widocznego karalucha z naszego pokoju.


Seafood

Niedziela, niestety, nie była taka sympatyczna - nie udało nam się znaleźć tańszego transportu do parku narodowego wokół najwyższej góry w tej części Azji i skorzystaliśmy z usług pośrednika. Nie dość że busik się spóźnił ponad godzinę (a park był ze 100 km dalej i był czynny tylko do 16), to jeszcze kierowca wbrew obietnicom ani nie mówił po angielsku ani nas nie oprowadził po parku ani nie zawiózł do skansenu. Nie udało nam się zejść z ceny, bo się mocno wykręcali a jakbyśmy uciekli nie płacąc to biedak który nas woził pewnie by musiał pokryć wszystko ze swojej kieszeni (a zarabiał żałośnie mało...).

Sam park naprawdę fajny - można tam robić wiele rzeczy i skorzystać z rozmaitych szlaków. My przeszliśmy z ok. 2200 na 2500 mnpm w scenerii podobnej do tej z Niskich Tatr, tyle tylko że roślinność była mocno tropikalna. Bardzo sympatycznie wyszło, a do tego pozwoliło zapomnieć o tęsknocie za górami - w końcu nie udało mi się w tym roku w nie wcześniej pojechać. Jednak biorąc pod uwagę naprawdę nieprzyjemną sytuację transportową ciężko nazwać ten dzień pozytywnym i do końca udanym. Przynajmniej kolacja była jak zawsze pyszna.
Bananowiec! Najpierw rośnie w górę, dopiero potem przeważa kiść w dół.


Poniedziałek, nasz ostatni dzień na Borneo, znów stał pod znakiem plaży. Wzięliśmy łódkę i po obejrzeniu wioski stojącej na palach, jakieś 200 metrów od brzegu. To i tak nie jest najbardziej niezwykły sposób mieszkania w okolicy - niektóre wioski nie mają nawet pali i swobodnie dryfują po morzu.














Może i ściany z kartonu i blachy, ale kable i motorówka są.



Popłynęliśmy na inną wyspę, Pulau Mamutik, ale odkryliśmy niemal to samo co na Sapi. Wyspa była troszkę większa, a na skałach znaleźliśmy dwa warany z Komodo.
 Ciekawe stworzenia, niesamowicie powolne na ladzie, za to w wodzie podobno strasznie sprawne. Wniosły trochę urozmaicenia do plażingu, także zadowoleni wróciliśmy na główną wyspę i udaliśmy się na lotnisko by wrócić do siebie. Airasia nas zaskoczyła, bo pomimo że autobu.. samolot spóźnił się 5 minut, to na miejsce przylecieliśmy 20 minut przed czasem. Wycieczkę zakończyliśmy pozbywaniem się miejscowej waluty poprzez kupowanie masła orzechowego, ciastek i hamburgerów oraz otrzymaniem kolejnego stempelka w paszporcie.

Na zakończenie pan i władca - ten kot rozwalił się na kartonach na samym środku sklepu i czuł się tam bardzo dobrze. Przeważnie nawet nie zwracał uwagi na omijających go klientów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz