Zgodnie z przewidywaniami życie się powoli ustatkowało. Nie mam potrzeby pisać codziennie, bo albo nie mam czasu albo nie mam o czym. Jednak dzisiaj jest o czym - znowu wyjeżdżam! Tym razem na Borneo, a konkretnie do Kota Kinabalu - miasta leżącego w północnej części wyspy należącej do Malezji. Wszystko gotowe: praca na dziś odfajkowana, wolne w poniedziałek załatwione, plecak spakowany, ludzie umówieni, bilety wydrukowane, a tu jeszcze godzina do wyjazdu.
Może jest to dobre miejsce na garść obserwacji z życia za granicą. Człowiek szybko się przyzwyczaja do odmiennych zwyczajów, miejsc, tras i szybko traci to wrażenie nowości. Na początku wszystko było inne, nie do końca zrozumiałe, nowe. Teraz nawet jeśli natknę się na coś nowego to stwierdzam "heh, w sumie normalne" i tyle. Trochę szkoda, bo tak na pewno tracę trochę wrażeń, jednak bycie pod wrażeniem cały czas mogłoby nie być jakoś super przyjemne.
Całe szczęście nie wszystko jest jeszcze stracone. Ostatnio poszedłem na lunch z Anandem (a może raczej: pojechałem, bo po całym kampusie jeździ z 5 bezpłatnych linii autobusowych) i w trakcie naszego posiłku zaczęła się tropikalna burza. Nie było problemu w czasie posiłku, bo jedliśmy pod dachem, ale zmiana rutyny zaczęła się gdy nadszedł czas wracać. Zrezygnowaliśmy z przejścia do autobusu, bo to oznaczałoby bliskie spotkanie ze ścianą deszczu. Dlatego skorzystaliśmy z tego że niemal wszystkie budynki są ze sobą połączone zadaszonymi przejściami. Byłą to pouczająca przechadzka.
Po pierwsze: ilość budynków. Tak jak u nas na PW jest ze 20 gmachów łącznie i wydział zajmuje +- jeden budynek, to tutaj jest pomieszanie z poplątaniem. Faculty ma po parę budynków i są one rozdzielone między departamenty (np. Faculty of Science-> Dept of Physics czy Dept of Chemistry). I bynajmniej nie kończy się tak że odpowiednik naszego wydziału ma jeden budynek - każdy (powiedzmy) kierunek czy specjalność mają swoją siedzibę. Co daje ogromną liczbę "gmachów" (są trochę mniejsze niż nasze gmachy), a wciąż dobudowują miejsca gdzie można się będzie zgubić (m.in. rozbudowują szpital).
Po drugie: wielopoziomowość. Kampus NUS znajduje się na pagórkowatym terenie. Co z tego wynika? Ano to, że idąc na jednej wysokości a zmieniając tylko budynki da się zaliczyć piętra od parteru do czwartego! Po prostu każdy budynek ma podstawę na innej wysokości i numeruje piętra względnie, wobec siebie a nie jakiejś bezwzględnej skali.
Po trzecie: funkcjonalność i nowoczesność. Z tego co się orientuję, to kampus ma ~60 lat. Znacznie mniej niż PW czy średniowieczny UJ, co często widać. Większość budowli jest w podobnym stylu - z zewnątrz wyglądają na białe bryły z czarnymi elementami z podłogami wyłożonymi ceglastymi kafelkami - i jest bardzo funkcjonalna. Zamiast kolumienek, akantów, schodów kręconych czy braku ciągłości schodów (na pierwsze piętro tutaj, żeby przejść na drugie to trzeba zejść, pójść naokoło i innymi) jak w naszych niektórych zabytkach, są jasne oznaczenia jak dojść do którego miejsca, mapki kampusu, dużo schodów i wind. Każda jednostka ma jakąś recepcję, miejsce do pochwalenia się osiągnięciami, kanapy i fotele, często mają też własne pokoje z maszynkami do kawy. Nie ma jakichś specjalnych ozdobników, ale są ławki, szafki na kłódki, wi-fi, automaty z napojami, dużo toalet. Przechodziłem też koło dwóch bibliotek - angielskiej i chińskiej. Nie miałem jak ich zwiedzić, ale na pewno kiedyś to zrobię - są na oko co najmniej tak nowoczesne jak nowa część BG PW.
Kiedy skończyła się połączona część, a my wciąż byliśmy z dwieście metrów od celu, usiedliśmy sobie w lounge area i poczekaliśmy. W jednej z wszechobecnych stołówek (często największym dylematem dnia jest gdzie zjesć lunch) zamówiliśmy coś do picia i popatrzyliśmy na potop zalewający palmy i inną egzotyczną zieleń. Przy okazji rozejrzałem się trochę po budynku - Student Centre. Można tu załatwić niemal wszystko - są tu zarówno siedziby administracji (coś jak ogólnouniwesytecki dziekanat), samorządu studenckiego (muszę kiedyś do nich wpaść i zobaczyć na jakiej zasadzie działają - jednak z tego co widziałem na plakatach to albo są bardzo prężni albo mają dużo kasy), pokoje do nauki i inne chillout nie-wiem-co (żeby wejść trzeba mieć legitkę, a ja nie posiadam), bank, poczta, sklep, kawiarnia, stołówka... Wszędzie starają się uprościć życie - np. w "dziekanacie" jest elektroniczna tablica z numerkami petentów - jak na naszej poczcie.
Wprawdzie czas na lunch nie jest ograniczony, ale kiedyś trzeba było wrócić jako że był to dzień sprzątania w labie. Ja nie musiałem, ale Anand tak, dlatego przebiegliśmy parę metrów do przystanku i podjechaliśmy dwa (zamiast jednego), żeby wysiąść pod dachem i dalej zadaszonym przejściem dobrnąć do naszego S1a. Po drodze minęliśmy teren sportowy - mnóstwo kortów tenisowych, boisko do piłki nożnej, bieżnia, basen (odkryty, tak jak wszystkie które widziałem w Singapurze) i co tylko można sobie wymarzyć. Przy przeskakiwaniu do i z autobusu (jakieś 2 metry pod gołym niebem) mocno przemokliśmy, kałuże też nie pomagały zachować suchego ubrania - aż trochę boję się myśleć co by było jakby trzeba wracać na piechotę.
W podsumowaniu wypada powiedzieć, że jest to miejsce bardzo przyjazne pracownikom i studentom. Wszędzie można podjechać, pracuje się w komfortowych warunkach, nie utrudniają życia na siłę. Ale tu za semestr studiów grubo się płaci, może jednak coś w tym jest?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz