sobota, 11 sierpnia 2012

Trochę wolnego

Miniony czwartek, 9 sierpnia, był dniem wolnym od pracy. Powodem było święto narodowe - National Day, 47. rocznica odłączenia się Singapuru od Malezji. W wolnym dla wszystkich dniu (poza dodatkowymi policjantami, straganiarzami itd.) w mieście odbyła parada, pokaz wojska (łodzie i samoloty), fajerwerki, koncerty i takie tam wypełniacze czasu.

Muszę przyznać że liczyłem na coś więcej - przyszliśmy nad zatokę koło 17, żeby zaklepać sobie miejsce na trawce i zrobić piknik do 20, o której miały być fajerwerki. W międzyczasie prawie nic się nie działo, chyba że ktoś wykupił bilet na trybuny na stadionie - tam cały czas był jakiś program rozrywkowy. Parada też jakoś nie przechodziła niedaleko nas, myśliwce więcej akrobacji wykonywały na cotygodniowych próbach a z niespodzianek pojawili się na chwilę motolotnicy z kolorowymi spalinami i trzy śmigłowce, które obleciały zatokę z jedną flagą Singapuru i odleciały.
Piknik
Same fajerwerki były dość specyficzne - na zmianę super intensywne i bardzo mierne. Niebo albo było przez 2-3 minuty bez przerwy rozświetlone, albo nie było na nim absolutnie nic przez 5-10 minut. Strasznie rozwlekało to pokaz, ale może był w tym jakiś zamysł typu połączenie fajerwerków z tym co się dzieje na scenie co urządzało tylko dla posiadaczy biletów. Bardzo dobrze wypadły za to wieżowce  - świeciły ładnie przez cały czas.

Marina Bay Sands - ma basen tam na dachu.


Jeden z bardzo wielu "motywujących" napisów.
Atmosfera pikniku była bardzo sympatyczna - koło nas siedziała dość duża singapurska rodzina i dwójka jej dzieci, 3-latka i 16-latek się z nami zaprzyjaźnili. O ile dziewczynka chciała tylko przybijać piątki, to chłopak z chęcią opowiadał nam o Singapurze i o tym jak zwykle obchodzą tu święta.

Piątek był zwykłym dniem roboczym, a po nim weekend! Można było się polenić, pospać do 11 i wtedy zastanowić się co dalej zrobić z tym upalnym dniem. Stanęło na rozdzieleniu się - trójka Polaków z hostelu poszła na jakiś hiking, a ja z Henrykiem poszliśmy pozwiedzać Gardens by the Bay oraz Carrefoura niedaleko. O ile ogrody są śliczne (przecudny internet jednak powstrzymuje mnie przed wrzuceniem zdjęć, zajęłoby wieki...), to jednak lepiej by było je zwiedzać jasnym wieczorem niż gorącym popołudniem. Ze 2-3 razy wracaliśmy do klimatyzowanej informacji turystycznej by odpocząć... Zakupy w Carrefourze okazały się porażką - myśleliśmy że jeśli sklep jest tani w Europie, a tu jest pierwszym i największym supermarketem, to będzie relatywnie tani. Rzeczywistość wyprowadziła nas z błędu i skłoniła do zakupów w chińskim sklepiku niedaleko hostelu, chociaż przy okazji zaopatrzyła nas w chleb. Skuszeni wielką ilością dobrze wyglądającego pieczywa wzięliśmy sobie jedną bagietkę - okazała się dość sucha, a i w smaku czuć było coś dziwnego. Cóż, jeszcze tylko 2 miesiące na tostowym w takim razie.

Plany na niedzielę? East coast beach i leżenie plackiem po jakimś seafoodzie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz