wtorek, 21 sierpnia 2012

Niespodziewana Melaka

Ten weekend okazał się dłuższy od zwykłego, gdyż z okazji zakończenia Ramadanu poniedziałek był wolny. Polską (bo Hendrika już liczymy jako Polaka, nie Niemca) ekipą mieliśmy zamiar wybrać się na podobno przepiękną i wolnocłową wyspę Tioman w Malezji. W tym celu wstaliśmy skoro świt w sobotę, przekroczyliśmy granicę i znaleźliśmy się na dworcu autobusowym. Niestety, nie było żadnego wolnego miejsca w autobusie do Mersing, które jest jedyną sensowną drogą dostania się na wyspę! Dlatego wsiedliśmy w pierwszy autobus w miarę sensowne miejsce - czyli do Melaki.
Dragonfruit juice. To białe to po prostu deseń szklanki, ale i tak wygląda super.


Miasto może być znane także jako Melakka i leży nad cieśniną o tej samej nazwie, jednym z najbardziej ruchliwych szlaków wodnych na świecie. W swoim czasie miasto posiadali Portugalczycy, potem Holendrzy a na końcu Brytyjczycy co nadaje miastu specyficzny, mieszany klimat. Głównym elementem miasta jest rzeka, wzdłuż której stoją niewielkie kamieniczki z pięknymi muralami, znajduje się tam wiele kawiarni, hosteli i hoteli, a kolejki do przejażdżki łódką są ogromne, zwłaszcza wieczorem.
Przygotowywanie jedzenia na straganie.





Jednak nie wybraliśmy terminu najszczęśliwiej. Jechaliśmy kompletnie na żywca i liczyliśmy, że od ręki znajdziemy tani hostel, a tu kicha. Okazało się że trafiliśmy na 3 dni świąt pod rząd: święto z kalendarza lunarnego Chińczyków, święto niepodległości Malezji i koniec Ramadanu, co mocno wpłynęło na zapełnienie hosteli. W końcu, zaprowadzeni gdzieś przez jakiegoś lokalsa, dostaliśmy dwa słabiutkie pokoje (trzeba było dzielić się łóżkami, a ciśnienie było tylko w jednym prysznicu). Przynajmniej nie zaobserwowałem karaluchów.

Po prostu kolumna w losowym budynku. W tle typowy malajski chodnik.
Następnie przeszliśmy się po mieście, którego centrum i historyczna dzielnica są malutkie i dają wrażenie, że to malutka mieścina. A tu według Lonely Planet żyje prawie 800 tysięcy osób! W każdym razie obejrzeliśmy Chinatown i zanurzyliśmy się w kłębiącej i pulsującej życiem masie Chińczyków i turystów kupujących pamiątki, jedzenie ze straganów, garnki, rękodzieło - słowem, niemal wszystko. Trafiliśmy także na show mistrza kung-fu który rozbija kokosy palcem wskazującym (jest w Księdze Rekordów Guinessa). Jednak tak się skupił na swoim "show" i zabawianiu publiki, że znudzeni oczekiwaniem poszliśmy zanim zepsuł choć jedną skorupę. Dzień zakończyliśmy siedząc sobie w knajpce nad rzeką i leniwie rozmawiając.
Chinatown nocą

Oczywiście nie istnieje miejsce bez Polaków. W trakcie szukania hostelu, wpadliśmy na jakąś dziewczynę która nagle nas zapytała "Skąd jesteście? Znacie te trzy Polki które dzisiaj poznałam?" i w ten sposób znaleźliśmy towarzystwo na czas wyjazdu. Agnieszka, poznana w hostelu, to pracująca na stażu w hiszpańskiej ambasadzie w Singapurze dziewczyna mieszkająca na co dzień w Madrycie, a Ola, Marta i Ania to trzy Polki podróżujące po świecie od kilku miesięcy - na razie przejechały prawie całą Amerykę Południową, Australię i są w trakcie podboju Azji. Nawet znalazłem ich bloga: http://lasblondynas.blogspot.sg/

Umówiliśmy się na niedzielę na wycieczkę rowerową, która lekko nie wypaliła z powodu nieprzygotowania jej wcześniej (na obronę dodam, że nas tam miało w ogóle nie być, nie mieliśmy żadnych przewodników, a informacja turystyczna oczywiście zamknięta, bo święto). Rozdzieliliśmy się i nowopoznane koleżanki pojechały z naszą Karoliną oglądać palmy pod Melaką, a my wybraliśmy się na przejażdżkę wzdłuż rzeki. Kompletnie nie żałuję, było naprawdę super, chociaż mocno upalnie.
Cud cyklistyki, A.D. 2012, Melaka. Nawet hamulce działały!
Nie wiem co robiłem z rękami, ale widok na mętną i klimatyczną rzeczkę jestt.


Murale.
Dojechaliśmy także nad samą cieśninę, gdzie na chwilę rozłożyliśmy się w cieniu drzew. Nie poplażowaliśmy, gdyż nie ma tam czegoś takiego jak piasek, tylko duże głazy i falochrony, za to porozmawiałem sobie trochę z miejscowymi. Są naprawdę sympatyczni i próbowali mnie wszystkim częstować. Fajnie widzieć takich otwartych i sympatycznych ludzi, do tego dumnych ze swojego kraju.

Kiedy już oddaliśmy rowery znów wyruszyliśmy do Chinatown, tym razem kupować. Każdy miał jakiś cel do osiągnięcia czy drobiazg do kupienia i na oglądaniu towarów, targach i przekąskach miło minął nam kolejny wieczór.
Handel kwitnie, nawet pomimo przeciwności losu.


Poniedziałek przeznaczyliśmy na obejrzenie postkolonialnej części miasta. Była ona malutka i składała się z kościoła (pierwotnie holenderskiego, potem anglikańskiego), kaplicy zamienionej w cmentarz, właściwego cmentarza, ruin fortu oraz rezydencji gubernatora. Czuć było trochę europejskiego klimatu, nie zdziwiłbym się widząc taki kościół gdzieś w Europie. Takie okazyjne natrafienie na europejską kulturę naprawdę ułatwia życie na obczyźnie, nawet jeśli nie przepadam za kościołami.


Gdy nadszedł na nas czas zebraliśmy się i wyruszyliśmy autobusem do Singapuru. Jechaliśmy dłużej niż w tamtą stronę, przez co do hostelu dotarliśmy już po północy. A dość nam się spieszyło, by zmyć z siebie Malezję - nie dlatego że niefajna, ale upał naprawdę mocno dawał się we znaki. A w połączeniu z wszechobecną w urzędach i autobusach klimatyzacją (oraz z przeziębieniem Hendrika) spowodowała dość mało przyjemne drapanie w gardle, oby wkrótce przeszło..
Na zakończenie: Jebat' expres.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz