*
Czas zalegalizować
swój pobyt - tak myślałem udając się na spotkanie w urzędzie
wizowym. Jakoś nigdy nie darzyłem urzędów specjalną miłością,
ale też mnie jakoś bardzo jeszcze nie odrzucają, więc bez jakichś
specjalnych emocji pojechałem zwiedzić tę agencję. Okazało się
to całkiem przyjemnym doświadczeniem.
Dostałem wcześniej
instrukcję jak dla debila jak dojechać (typu: teraz przejdź przez
ulicę i skręć w lewo i zdjęcie dokładnie tego przejścia dla
pieszych) oraz instrukcje co robić. Nie dane mi było skorzystać z
obiecanej maszyny do check-inu, bo od razu dorwał mnie szalenie
pomocny pan, który skierował mnie do właściwego okienka, potem
inna, równie pomocna pani skierowała mnie do następnego i w sumie
tyle. Zapłaciłem, potwierdziłem że to moje dane i od czwartku
mogę odbierać. Jedyna nieprzyjemność jaka mnie spotkała to to,
że nie przyjęli mojego zdjęcia (miałem dwa, ale na jednym nie
było widać jednego ucha, a na drugim nie było białego tła) i
kazali mi zrobić nowe w salonie tuż obok – 5 minut później
biedniejszy o 6 dolarów i bogatszy o 3 niepotrzebne mogłem
kontynuować.
![]() |
| W Singapurze upamiętniono znanego na świecie Brytyjczyka, będącego Polakiem. |
Po załatwieniu
formalności postanowiłem powłóczyć się po okolicy. Nie miałem
ochoty wracać do hostelu, wiedząc że wieczorem będę wracał w
ten rejon obejrzeć pokaz fajerwerków. Komunikacja miejska jest
naprawdę droga i wolałem te parę dolarów wydać w inny sposób –
skończyło się na tym że kupiłem sobie coś do picia i ruszyłem
zwiedzać. Przez dwie godziny przeszedłem sporą część starej
dzielnicy kolonialnej, obecnej dzielnicy finansowej i kawałek
nabrzeża. Zmęczyłem się trochę i postanowiłem odpocząć w
nowootwartym parku bad zatoką – Gardens by the Bay.
![]() |
| Dragonfly pool, czy jakoś tak. |
Gdy już do nich
dotarłem, to uświadomiłem sobie że nie wziąłem aparatu i
robiłem wszystkie zdjęcia telefonem. W dzielnicy wieżowców nie
była to taka wielka niedogodność, ale w parku już tak. Był
naprawdę bardzo ładny, z wieloma ciekawymi miejscami. Specjalnie
nie oglądałem go zbyt dokładnie, by potem mieć większą
przyjemność jak już przyjadę tu z aparatem.
![]() |
| Jedna z wielu figur z indyjskiej części ogrodów. |
Czas pozostały do
odpalenia fajerwerków spędziłem spokojnie czytając sobie książkę
na ławce pod daszkiem. Daszek to kluczowy element tego miejsca,
ponieważ chronił mnie zarówno od burzy jak i tropikalnego słońca,
które regularnie się zmieniały w ustalaniu pogody w moim
wyspiarskim mieście-państwie.
W końcu przyszedł
czas cofnąć się znad zatoki na nabrzeże by wraz z grupą
hostelową (ja, troje Polaków, Niemiec i Chorwatka) obejrzeć pokaz.
Miał zacząć się o 19, ale nic specjalnego nie zaobserwowaliśmy.
Staliśmy na moście, naprzeciwko boku jakiejś wielkiej sceny, przed
którą była wypchana trybuna. Okazało się, że ta impreza dzieje
się głównie tam, ale i widzowie tacy jak my też mogli coś
zobaczyć. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyliśmy jak dwie motorówki
marynarki starły się z jednostkami policji w pozorowanej walce, a
następnie przeleciały nad nami 3 myśliwce wykonujące akrobacje.
Nie spodziewaliśmy się tego, zwłaszcza że to miała być tylko
cotygodniowa próba przed narodowym świętem Singapuru, obchodzonym
9. sierpnia. Był jeszcze pokaz fajerwerków i całe mnóstwo
niewidocznych dla nas pokazów na scenie. Cóż, chyba przyjęli
zasadę „jak się bawić, to się bawić...”
Wszystko skończyło
się jakoś po 9, więc wykorzystaliśmy przyjemny wieczór i się
przeszliśmy po okolicy i wpadliśmy na food court z miejscowymi
specjałami. Daliśmy się tam skusić na satayę – sprzedawane na
sztuki małe szaszłyczki z różnych rodzajów mięs, w jakiejś
miodowej marynacie i podawane ze słodkim sosem z orzeszków
ziemnych. Naprawdę smaczne, szkoda że nie zrobiłem temu zdjęcia.
Za to mam kurczaka z ryżem - proste, znane, tanie i sympatyczne danie
które zjadłem na lunch - oraz Mee Goreng - czyli po malajsku smażonego ryżu, bardzo dobre i popularne danie z wczorajszego wieczoru.
Jutro wybieramy się na
plażę, więc istnieje wysokie prawdopodobieństwo dnia lenia
połączonego z piknikiem na plaży.
*(W piątek nie działo się nic na tyle specjalnego, by mieć o czym pisać. Poszedłem do pracy, przez co musiałem zrezygnować z proponowanej mi wycieczki gdzieś do Malezji, skończyłem doświadczenie z którego absolutnie nic nie wyszło i wyszedłem po 9 godzinach do domu. Niestety mam wrażenie, że teraz takich "jałowych" dni będzie więcej, bo cały tydzień będę siedział i coś robił na uniwerku, więc może nie pojawić się dużo notek o Singapurze)





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz