sobota, 7 lipca 2012

Wiza i włóczęga po dzielnicy wieżowców


*
Czas zalegalizować swój pobyt - tak myślałem udając się na spotkanie w urzędzie wizowym. Jakoś nigdy nie darzyłem urzędów specjalną miłością, ale też mnie jakoś bardzo jeszcze nie odrzucają, więc bez jakichś specjalnych emocji pojechałem zwiedzić tę agencję. Okazało się to całkiem przyjemnym doświadczeniem.
Dostałem wcześniej instrukcję jak dla debila jak dojechać (typu: teraz przejdź przez ulicę i skręć w lewo i zdjęcie dokładnie tego przejścia dla pieszych) oraz instrukcje co robić. Nie dane mi było skorzystać z obiecanej maszyny do check-inu, bo od razu dorwał mnie szalenie pomocny pan, który skierował mnie do właściwego okienka, potem inna, równie pomocna pani skierowała mnie do następnego i w sumie tyle. Zapłaciłem, potwierdziłem że to moje dane i od czwartku mogę odbierać. Jedyna nieprzyjemność jaka mnie spotkała to to, że nie przyjęli mojego zdjęcia (miałem dwa, ale na jednym nie było widać jednego ucha, a na drugim nie było białego tła) i kazali mi zrobić nowe w salonie tuż obok – 5 minut później biedniejszy o 6 dolarów i bogatszy o 3 niepotrzebne mogłem kontynuować.
W Singapurze upamiętniono znanego na świecie Brytyjczyka, będącego Polakiem.

Po załatwieniu formalności postanowiłem powłóczyć się po okolicy. Nie miałem ochoty wracać do hostelu, wiedząc że wieczorem będę wracał w ten rejon obejrzeć pokaz fajerwerków. Komunikacja miejska jest naprawdę droga i wolałem te parę dolarów wydać w inny sposób – skończyło się na tym że kupiłem sobie coś do picia i ruszyłem zwiedzać. Przez dwie godziny przeszedłem sporą część starej dzielnicy kolonialnej, obecnej dzielnicy finansowej i kawałek nabrzeża. Zmęczyłem się trochę i postanowiłem odpocząć w nowootwartym parku bad zatoką – Gardens by the Bay.
Dragonfly pool, czy jakoś tak.



Gdy już do nich dotarłem, to uświadomiłem sobie że nie wziąłem aparatu i robiłem wszystkie zdjęcia telefonem. W dzielnicy wieżowców nie była to taka wielka niedogodność, ale w parku już tak. Był naprawdę bardzo ładny, z wieloma ciekawymi miejscami. Specjalnie nie oglądałem go zbyt dokładnie, by potem mieć większą przyjemność jak już przyjadę tu z aparatem.
Jedna z wielu figur z indyjskiej części ogrodów.
Czas pozostały do odpalenia fajerwerków spędziłem spokojnie czytając sobie książkę na ławce pod daszkiem. Daszek to kluczowy element tego miejsca, ponieważ chronił mnie zarówno od burzy jak i tropikalnego słońca, które regularnie się zmieniały w ustalaniu pogody w moim wyspiarskim mieście-państwie.

W końcu przyszedł czas cofnąć się znad zatoki na nabrzeże by wraz z grupą hostelową (ja, troje Polaków, Niemiec i Chorwatka) obejrzeć pokaz. Miał zacząć się o 19, ale nic specjalnego nie zaobserwowaliśmy. Staliśmy na moście, naprzeciwko boku jakiejś wielkiej sceny, przed którą była wypchana trybuna. Okazało się, że ta impreza dzieje się głównie tam, ale i widzowie tacy jak my też mogli coś zobaczyć. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyliśmy jak dwie motorówki marynarki starły się z jednostkami policji w pozorowanej walce, a następnie przeleciały nad nami 3 myśliwce wykonujące akrobacje. Nie spodziewaliśmy się tego, zwłaszcza że to miała być tylko cotygodniowa próba przed narodowym świętem Singapuru, obchodzonym 9. sierpnia. Był jeszcze pokaz fajerwerków i całe mnóstwo niewidocznych dla nas pokazów na scenie. Cóż, chyba przyjęli zasadę „jak się bawić, to się bawić...”

Wszystko skończyło się jakoś po 9, więc wykorzystaliśmy przyjemny wieczór i się przeszliśmy po okolicy i wpadliśmy na food court z miejscowymi specjałami. Daliśmy się tam skusić na satayę – sprzedawane na sztuki małe szaszłyczki z różnych rodzajów mięs, w jakiejś miodowej marynacie i podawane ze słodkim sosem z orzeszków ziemnych. Naprawdę smaczne, szkoda że nie zrobiłem temu zdjęcia. Za to mam kurczaka z ryżem - proste, znane, tanie i sympatyczne danie które zjadłem na lunch - oraz Mee Goreng - czyli po malajsku smażonego ryżu, bardzo dobre i popularne danie z wczorajszego wieczoru.


Jutro wybieramy się na plażę, więc istnieje wysokie prawdopodobieństwo dnia lenia połączonego z piknikiem na plaży.



*(W piątek nie działo się nic na tyle specjalnego, by mieć o czym pisać. Poszedłem do pracy, przez co musiałem zrezygnować z proponowanej mi wycieczki gdzieś do Malezji, skończyłem doświadczenie z którego absolutnie nic nie wyszło i wyszedłem po 9 godzinach do domu. Niestety mam wrażenie, że teraz takich "jałowych" dni będzie więcej, bo cały tydzień będę siedział i coś robił na uniwerku, więc może nie pojawić się dużo notek o Singapurze)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz