*część zdjęć jest czarno-biała bo coś źle kliknąłem przy przeformatowywaniu. Jakby co mam gdzieś kolorowe, ale nie chce mi się ich szukać.
Mimo
strat w ludziach (w ostatniej chwili zrezygnowała Kamila)
jakoś rozpoczęliśmy wyprawę – ja, Tomek i Hendrik. Złapaliśmy
autobus spod hostelu, który wziął nas na drugą stronę granicy
poprzez 2 punkty kontrolne – musieliśmy wysiadać do kontroli po
singapurskiej stronie granicy, wsiąść do czegoś, co przejedzie
przez most, przejść kontrolę malezyjską, a następnie znów w
autobus by dojechać na dworzec autobusowy. Kupiliśmy bilety na autobus
który miał jechać do Kuala Lumpur. Wypas – 9 rzędów, po 3
miejsca w każdym, rozkładane miejsca, podnóżki, klima i wszystko
za niecałe 40 zł.
![]() |
| Taką wodę sprzedają wszędzie w tych rejonach Azji. Bardzo czysta, w końcu po odwróconej osmozie . I jaka zdrowa.... |
Niestety,
trochę nas oszukali i zamiast do KL zawieźli nas do popularnego
miejsca przesiadkowego 50 km od KL. Jako że jechaliśmy nocnym
autobusem i przyjechaliśmy o 6:30, musieliśmy jakoś dokoczować do
9 rano, o której był pierwszy autobus.
![]() |
| Lewy pas jakiejś dość ważnej drogi. Fajrant się należy, nieważne gdzie. |
Pierwsze
wrażenia z Malezji? Ceny, jak na standardy singapurskie: piękne.
Jak na polskie: zbliżone, trochę niższe. W sklepach jest sporo
mniej amerykańskich rzeczy niż w Singapurze, jest dużo lokalnych bez angielskich podpisów, ale przynajmniej jest guma do żucia! W
Singapurze nie sposób normalnie jej dostać, także mogłem sobie
radośnie pożuć.
Gdy
dotarliśmy do KL najpierw pojeździliśmy metrem i kolejką
wąskotorową szukając hostelu (stanęło na YMCA) i biletu
powrotnego (wyszło, że o 15 następnego dnia). Straciliśmy niby pół
dnia, ale jednak czasu nam starczyło na to, co chcieliśmy.
![]() |
| To jest w jakiś sposób rzeźbione w drewnie, podobno jest to malajska specjalność. Były wszelkie możliwe rozmiary i wzory. |
Najpierw
wybraliśmy się do Batu Caves – świętego miejsca Hindusów. Są
to jaskinie w jakichś wapiennych skałach. Ciekawie to wygląda, bo
obok miasta jest dość spora góra, niemal w całości pusta w
środku, a tam świątynie. Także małpy i kury, ale wątpię by
były to jakieś elementy kultu. Niestety trafiliśmy na okres, gdy
otwarta była tylko jedna z trzech jaskiń ale i ta wywarłą na nas
duże wrażenie. Gdy już nacieszyliśmy oczy widokami (a brzuchy
hinduskimi smakołykami) spoczęliśmy na trochę w hostelu. Nie jest
tu tak wilgotno jak w Singapurze, ale prysznic jednak się należy
zmęczonemu człowiekowi.
![]() |
| Przed wejściem do Batu Caves. |
![]() |
| W jaskini. |
| Stragan z różnymi hinduskimi specjałami. Nie mam pojęcia co jest w tych workach. |
Mieliśmy
zamiar przejść się na chwilę na kolację, ale zawędrowaliśmy na
bazar w Chinatown. Można było kupić wszystko, pod warunkiem że
komuś nie przeszkadzało że kupuje „markowe” rzeczy za dwie
dychy. Dużo czasu tam spędziliśmy, ale był to bardzo przyjemny
wieczór. Na kolację zjedliśmy po naleśnikowatym placku z serem –
roti canai cheese – z jakimś sosem curry.
W
niedzielę zerwaliśmy się z samego rana aby dostać się pod
Petronas Twin Towers, jeden z najwyższych budynków na Ziemi. Obie
wieże są połączone mostem na wysokości ok. 200 metrów i można
się tam dostać windą, jeśli się zaklepie bilet. Niestety,
przewodnik nas wprowadził w błąd i bilety nie były bezpłatne –
80 zł za wjazd. Zrezygnowaliśmy i przeszliśmy się do drugiej
wieży widokowej, niższej i trochę tańszej. Jednak nie na tyle
tańszej by nas skusiła – 50 złotych za obejrzenie panoramy to
dość sporo.
![]() |
| Petronas Twin Towers |
Lunch
jadłem bardzo pospiesznie – nie dość, że curry nie było jakieś
wybitne, to jeszcze zauważyłem w jadłodajni karaluchy. Nie korciło
mnie by tam zostawać, więc przełknąłem i poszedłem. Ale sporo
miejsc wyglądało jakby miało podobny standard, w innym widziałem
szczura. Chyba taka jest cena jedzenia w miejscu gdzie za posiłek
płaci się poniżej 10 złotych.
Obeszliśmy
też dzielnicę Bukit Bintang, pełną biurowców, hoteli i sklepów.
Znaleźliśmy też park z zachowanym kawałkiem dżungli, jednak
byliśmy na tyle zmęczeni że obejrzeliśmy go bardzo pobieżnie.
Posililiśmy się w food markecie – większej i czystszej wersji
food courtu (te są zwykle na zewnątrz, bądź we wnękach
budynków), w klimatyzowanym pomieszczeniu. Wybrać można było z
każdej azjatyckiej kuchni, ale poprzestałem na miejscowych
wypiekach (smażone bułki z czerwoną fasolą i butterfly – nie
wiem co było w środku, ale smakowało jak smażona bułka maślana).
Potem wybraliśmy się na nowoczesny, czyściutki dworzec autobusowy
i pojechaliśmy do Singapuru.
Słyszy
się opinie że w porównaniu do innych azjatyckich miast (poza
Singapurem, który jest poza konkurencją) Kuala Lumpur jest czyste i
zorganizowane. W tym momencie średnio mam ochotę zwiedzać Bangkok,
bo w wielu miejscach KL widziałem ( i mocno czułem) śmieci, a o
ile metro było nieźle zorganizowane i w miarę tanie, to był
problem z piętrami. Zdarzało się, że z tego samego budynku z
trzech różnych pięter można było wyjść na ulicę – zabudowa
jest wielopiętrowa i dość zagmatwana, a zakup biletu autobusowego
też nam trochę zajął. Miasto oczywiście ma też czyste i
nowoczesne miejsca które nadrabiają braki i zostawiają ogólne
dobre wrażenie, jednak pewien niesmak pozostał. Ale przynajmniej
dodaje Singapurowi uroku na tyle, że nawet dorobił się już metki
„domu”.
![]() |
| Na zakończenie - zdjęcie ściany przy schodach ruchomych w metrze. Hitching a ride like a boss! |








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz