niedziela, 15 lipca 2012

Kuala Lumpur


*część zdjęć jest czarno-biała bo coś źle kliknąłem przy przeformatowywaniu. Jakby co mam gdzieś kolorowe, ale nie chce mi się ich szukać.

Mimo strat w ludziach (w ostatniej chwili zrezygnowała Kamila) jakoś rozpoczęliśmy wyprawę – ja, Tomek i Hendrik. Złapaliśmy autobus spod hostelu, który wziął nas na drugą stronę granicy poprzez 2 punkty kontrolne – musieliśmy wysiadać do kontroli po singapurskiej stronie granicy, wsiąść do czegoś, co przejedzie przez most, przejść kontrolę malezyjską, a następnie znów w autobus by dojechać na dworzec autobusowy. Kupiliśmy bilety na autobus który miał jechać do Kuala Lumpur. Wypas – 9 rzędów, po 3 miejsca w każdym, rozkładane miejsca, podnóżki, klima i wszystko za niecałe 40 zł.
Taką wodę sprzedają wszędzie w tych rejonach Azji. Bardzo czysta, w końcu po odwróconej osmozie . I jaka zdrowa....
Niestety, trochę nas oszukali i zamiast do KL zawieźli nas do popularnego miejsca przesiadkowego 50 km od KL. Jako że jechaliśmy nocnym autobusem i przyjechaliśmy o 6:30, musieliśmy jakoś dokoczować do 9 rano, o której był pierwszy autobus.

Lewy pas jakiejś dość ważnej drogi. Fajrant się należy, nieważne gdzie.
Pierwsze wrażenia z Malezji? Ceny, jak na standardy singapurskie: piękne. Jak na polskie: zbliżone, trochę niższe. W sklepach jest sporo mniej amerykańskich rzeczy niż w Singapurze, jest dużo lokalnych bez angielskich podpisów, ale przynajmniej jest guma do żucia! W Singapurze nie sposób normalnie jej dostać, także mogłem sobie radośnie pożuć.

Gdy dotarliśmy do KL najpierw pojeździliśmy metrem i kolejką wąskotorową szukając hostelu (stanęło na YMCA) i biletu powrotnego (wyszło, że o 15 następnego dnia). Straciliśmy niby pół dnia, ale jednak czasu nam starczyło na to, co chcieliśmy.
To jest w jakiś sposób rzeźbione w drewnie, podobno jest to malajska specjalność. Były wszelkie możliwe rozmiary i wzory.

Najpierw wybraliśmy się do Batu Caves – świętego miejsca Hindusów. Są to jaskinie w jakichś wapiennych skałach. Ciekawie to wygląda, bo obok miasta jest dość spora góra, niemal w całości pusta w środku, a tam świątynie. Także małpy i kury, ale wątpię by były to jakieś elementy kultu. Niestety trafiliśmy na okres, gdy otwarta była tylko jedna z trzech jaskiń ale i ta wywarłą na nas duże wrażenie. Gdy już nacieszyliśmy oczy widokami (a brzuchy hinduskimi smakołykami) spoczęliśmy na trochę w hostelu. Nie jest tu tak wilgotno jak w Singapurze, ale prysznic jednak się należy zmęczonemu człowiekowi.
Przed wejściem do Batu Caves.
W jaskini.
Stragan z różnymi hinduskimi specjałami. Nie mam pojęcia co jest w tych workach.

Mieliśmy zamiar przejść się na chwilę na kolację, ale zawędrowaliśmy na bazar w Chinatown. Można było kupić wszystko, pod warunkiem że komuś nie przeszkadzało że kupuje „markowe” rzeczy za dwie dychy. Dużo czasu tam spędziliśmy, ale był to bardzo przyjemny wieczór. Na kolację zjedliśmy po naleśnikowatym placku z serem – roti canai cheese – z jakimś sosem curry.



W niedzielę zerwaliśmy się z samego rana aby dostać się pod Petronas Twin Towers, jeden z najwyższych budynków na Ziemi. Obie wieże są połączone mostem na wysokości ok. 200 metrów i można się tam dostać windą, jeśli się zaklepie bilet. Niestety, przewodnik nas wprowadził w błąd i bilety nie były bezpłatne – 80 zł za wjazd. Zrezygnowaliśmy i przeszliśmy się do drugiej wieży widokowej, niższej i trochę tańszej. Jednak nie na tyle tańszej by nas skusiła – 50 złotych za obejrzenie panoramy to dość sporo.
Petronas Twin Towers
Lunch jadłem bardzo pospiesznie – nie dość, że curry nie było jakieś wybitne, to jeszcze zauważyłem w jadłodajni karaluchy. Nie korciło mnie by tam zostawać, więc przełknąłem i poszedłem. Ale sporo miejsc wyglądało jakby miało podobny standard, w innym widziałem szczura. Chyba taka jest cena jedzenia w miejscu gdzie za posiłek płaci się poniżej 10 złotych.

Obeszliśmy też dzielnicę Bukit Bintang, pełną biurowców, hoteli i sklepów. Znaleźliśmy też park z zachowanym kawałkiem dżungli, jednak byliśmy na tyle zmęczeni że obejrzeliśmy go bardzo pobieżnie. Posililiśmy się w food markecie – większej i czystszej wersji food courtu (te są zwykle na zewnątrz, bądź we wnękach budynków), w klimatyzowanym pomieszczeniu. Wybrać można było z każdej azjatyckiej kuchni, ale poprzestałem na miejscowych wypiekach (smażone bułki z czerwoną fasolą i butterfly – nie wiem co było w środku, ale smakowało jak smażona bułka maślana). Potem wybraliśmy się na nowoczesny, czyściutki dworzec autobusowy i pojechaliśmy do Singapuru.

Słyszy się opinie że w porównaniu do innych azjatyckich miast (poza Singapurem, który jest poza konkurencją) Kuala Lumpur jest czyste i zorganizowane. W tym momencie średnio mam ochotę zwiedzać Bangkok, bo w wielu miejscach KL widziałem ( i mocno czułem) śmieci, a o ile metro było nieźle zorganizowane i w miarę tanie, to był problem z piętrami. Zdarzało się, że z tego samego budynku z trzech różnych pięter można było wyjść na ulicę – zabudowa jest wielopiętrowa i dość zagmatwana, a zakup biletu autobusowego też nam trochę zajął. Miasto oczywiście ma też czyste i nowoczesne miejsca które nadrabiają braki i zostawiają ogólne dobre wrażenie, jednak pewien niesmak pozostał. Ale przynajmniej dodaje Singapurowi uroku na tyle, że nawet dorobił się już metki „domu”.
Na zakończenie - zdjęcie ściany przy schodach ruchomych w metrze. Hitching a ride like a boss!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz