czwartek, 5 lipca 2012

Wiele zachodu (po nic?)


Od rana zabrałem się do pracy żeby pokazać że Polak potrafi. Zrobiłem wszystko przed lunchem i zadowolony z trudem zjadłem jakąś rybę po koreańsku. Była smaczna, ale usmażona na chrupko i bez noża (a tych oczywiście nie ma, tu się je łyżką i widelcem) ciężko ją było rozdrobnić i w końcu, ku uciesze doktorantów z którymi jadłem, wybrałem metodę kombinowaną – trochę palcami, trochę łyżką, trochę widelcem. Do dania poza obowiązkowym ryżem i pseudo-rosołkiem były jakieś dziwne dodatki, które średnio mnie przekonały do kuchni koreańskiej. Jednak nie tracę nadziei że kiedyś lepiej trafię.

Po lunchu chciałem sobie spokojnie obrobić dane zebrane rano i tu wyszło szydło z worka. Wszystko ładnie zrobiłem, poza ustawieniem parametrów zapisu zdjęć i zamiast obrazu z 80 000 klatek zapisałem tylko ostatnią. I tak ponad 20 razy... Powtórzyłem jedną serię i ją zacząłem opracowywać, resztę niestety trzeba będzie znowu wykonać. Przynajmniej już powinienem zawsze pamiętać, żeby to sprawdzać.

Poznałem też współstażystę w moim instytucie, ale nie był zbyt rozmowny. Ciekawszym współrozmócą okazał się  Michał zwany Piotrkiem – zaprosił mnie na weekendowy wyjazd do Malezji na jakąś wyspę. Już nawet zacząłem kombinować przenoszenie spotkania wizowego z soboty, kiedy okazało się że wyjazd jest w piątek rano, a nie jak sądziłem w sobotę. Nie umawiałem się w ogóle z Anandem i mógłbym kiepsko na tym wyjść, jakbym nagle bez uprzedzenie nie przyszedł, mimo że mówiłem że będę i zrobię konkretne rzeczy. Następnym razem...

Gdy to piszę bezskutecznie próbuję połączyć się z Internetem. Jakość mojego wi-fi jest porażająca, dobrze że chociaż w biurze udaje mi się bez problemu połączyć na Skypie z rodziną. Ale może to znak żebym szedł spać i się wyspał, by nadrobić błądzenie w deszczu po złej stronie miasta w środku nocy?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz