Od rana zabrałem się
do pracy żeby pokazać że Polak potrafi. Zrobiłem wszystko przed
lunchem i zadowolony z trudem zjadłem jakąś rybę po koreańsku.
Była smaczna, ale usmażona na chrupko i bez noża (a tych
oczywiście nie ma, tu się je łyżką i widelcem) ciężko ją było
rozdrobnić i w końcu, ku uciesze doktorantów z którymi jadłem, wybrałem metodę kombinowaną – trochę palcami, trochę łyżką,
trochę widelcem. Do dania poza obowiązkowym ryżem i pseudo-rosołkiem były jakieś dziwne dodatki, które
średnio mnie przekonały do kuchni koreańskiej. Jednak nie tracę
nadziei że kiedyś lepiej trafię.
Po lunchu chciałem
sobie spokojnie obrobić dane zebrane rano i tu wyszło szydło z
worka. Wszystko ładnie zrobiłem, poza ustawieniem parametrów
zapisu zdjęć i zamiast obrazu z 80 000 klatek zapisałem tylko
ostatnią. I tak ponad 20 razy... Powtórzyłem jedną serię i ją
zacząłem opracowywać, resztę niestety trzeba będzie znowu
wykonać. Przynajmniej już powinienem zawsze pamiętać, żeby to sprawdzać.
Poznałem też
współstażystę w moim instytucie, ale nie był zbyt rozmowny.
Ciekawszym współrozmócą okazał się Michał zwany Piotrkiem –
zaprosił mnie na weekendowy wyjazd do Malezji na jakąś wyspę. Już
nawet zacząłem kombinować przenoszenie spotkania wizowego z
soboty, kiedy okazało się że wyjazd jest w piątek rano, a nie jak
sądziłem w sobotę. Nie umawiałem się w ogóle z Anandem i
mógłbym kiepsko na tym wyjść, jakbym nagle bez uprzedzenie nie
przyszedł, mimo że mówiłem że będę i zrobię konkretne rzeczy.
Następnym razem...
Gdy to piszę
bezskutecznie próbuję połączyć się z Internetem. Jakość
mojego wi-fi jest porażająca, dobrze że chociaż w biurze udaje mi
się bez problemu połączyć na Skypie z rodziną. Ale może to znak
żebym szedł spać i się wyspał, by nadrobić błądzenie w deszczu po złej stronie miasta w środku nocy?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz