Zaczęło się dość barbarzyńsko - pobudka przed 6 rano w sobotę, by zdążyć odebrać bilety i odprawić się przed promem o 8:50. Pięć osób dało radę (ja, Karolina, Kamila, Tomek, Henryk), a trzy zachl.. zaspały i zostały na weekend w mieście. Terminal promów jest, jak chyba niemal wszystko w Singapurze, miejscem klimatyzowanym, czystym, schludnym, nowoczesnym. Kursują stąd regularnie promy do Indonezji, Brunei czy Malezji. Nasz prom zaskoczył mnie swoim wyglądem - gdy słyszę prom, to myślę o wielkim statku, na którym można przewozić samochody itd. Nasz był po prostu dużą łodzią motorową (mieściła ok. 100 osób)
| Nasz Sokół |
Z przystani odebrał nas miejscowy, wysłannik z chaty w której mieliśmy się zatrzymać. Mówił dobrze po angielsku i po drodze do Shady Shack opowiedział nam trochę o Indonezji i samej wyspie. Wysadził nas na chwilę przy sklepie, bo na miejscu miała być raczej dzicz. Rzuciliśmy się na sklep spodziewając się, że wszystko będzie praktycznie darmo, a tu niespodzianka - ceny lekko niższe niż w Polsce, poza dwukrotnie droższym alkoholem. No, może nie dla mnie - pani przy kasie źle mi nabiła piwo i policzyła jako bezalkoholowe - o połowę taniej, cena jak w Polsce. Zauważyłem to dopiero 40 kilometrów dalej, więc nawet jakbym chciał, to bym nie mógł oddać jej pieniędzy. Mam nadzieję, ze nie pojadą jej po wypłacie...
W końcu dojechaliśmy na miejsce i oto co ukazało się naszym oczom. Widok piękny: błękitne morze, jasna, czysta i pusta plaża, palmy i minimum ludzi...
| Widok z naszej chaty. |
| Shack. |
| Bjutiful. |
Może wypada powiedzieć kilka słów o miejscu w którym się znalazłem. Miejsce nazywa się Shady Shack i jest prowadzone przez bardzo gościnnego gościa Lobo wraz z dość liczną rodziną. Oferuje tanie (~30 zł za noc!) noclegi w chatach położonych z 10 metrów od brzegu Morza Chińskiego, jedzenie w znośnych cenach, ogniska wieczorami i w ogóle bajery. Mimo iż nie jest to nawet wioska (poza chatami dla turystów jest parę chatek miejscowych oferujących podobne usługi co Lobo), to mieliśmy i elektryczność i łazienkę (fakt, że na deszczówkę) - tego się nie spodziewałem. Do tego ma stronę po angielsku, wszystko w dolarach (nie trzeba sobie zawracać głowy ciężkimi tysiącami rupii) i może odebrać Cię z portu. Jeśli ktoś by się kiedyś wybierał w te rejony - gorąco polecam!
| A co, zdjęcie z Morzem Chińskim. |
Wprawdzie mieliśmy ambitne plany objechać kawałek wyspy na wypożyczonych skuterach (wszędzie było ich od zatrzęsienia) ale nie wyszło. Plaża i kąpiele za bardzo nas wciągnęły, poza tym trochę baliśmy się jazdy - jeździ się tutaj środkiem jezdni, bo po bokach jest trochę gorsza, klakson jest w użyciu cały czas, mijanki tysięcy skuterów z samochodami przypominają zawody pt. kto pierwszy stchórzy itd. Dlatego skończyło się na tym, że cieszyliśmy się naszą plażą, posiedzieliśmy przy ognisku na plaży i poszliśmy spać.
W niedzielę rano obudził mnie szum fal. Było to naprawdę piękne uczucie, zwłaszcza kiedy uświadomiłem sobie że jeszcze nie jest jakoś szczególnie jasno i mogę obejrzeć wschód słońca. Niestety, nie mogłem, bo mgła uparcie zasłaniała. Jednak z tak fajnie rozpoczętym dniem postanowiliśmy zrobić coś fajnego - czyli znowu plażing. Ok. 12 pojechaliśmy znowu do miasta, by się powłóczyć po okolicy, zjeść coś lokalnego i wrócić do Singapuru.
Miasto - oględnie mówiąc - jest dość brzydkie i obdrapane, w każdym razie w rejonie portu. W wielu miejscach można zobaczyć i poczuć śmieci. Do tego ciężko jest opędzić się od ludzi oferujących wynajem skuterów. Jedyne turystyczne miejsca jakie znaleźliśmy to sklepy spożywcze (gdzie zakupiliśmy trochę miejscowych słodyczy i mnóstwo napojów, niezbędnych w upale) i zamknięta chińska świątynia. Miasto oferuje więcej atrakcji, jednak nie znaleźliśmy już na nie czasu.
| Ciasteczka KLOP. |
Za to obiad zjedliśmy jak miejscowi - weszliśmy do losowej jadłodajni, za parawanik z jakiegoś materiału i próbowaliśmy dowiedzieć się po ile jest Roti Prata Chicken Curry (jak się okazało - coś jak krokiety, tylko z sosem curry). Pani po krótkiej próbie kontaktu zawołała pana z innego stoiska, który chyba jako jedyny w lokalu mówił po angielsku i z jego pomocą uzyskaliśmy obiad. Smaczny, aczkolwiek pełny cebuli i średnio korzystnie działający na żołądek. Za posiłek z napojem dla 5 osób wydaliśmy ok. 35 zł, czyli całkiem przyzwoicie. Zdecydowanie bardziej atrakcyjne były ceny papierosów - kosztowały ok. 6 zł. za paczkę (w porównaniu w Singapurze ok. 30), co skusiło dziewczyny do kupna paczek i przeszmuglowania ich do Singapuru. Wprawdzie grożą za to niezwykle wysokie kary, ale podobno jednej otwartej paczki się nie czepiają, dlatego kupiły po jedną na głowę i nam rozdały. Było trochę stresu przy przechodzeniu, ale faktycznie celnicy nie byli tym zainteresowani, a dziewczyny oszczędziły mnóstwo kasy.
Ogólnie wycieczka okazała się udana. Wyspa jest piękna, na tyle że nawet nie zaczęliśmy jej zwiedzać, bo siedzieliśmy na plaży. Trzeba się tu wybrać na trochę dłużej, 3-4 dni i wtedy pewnie doceni się ją jeszcze bardziej. Należy też uważać na to co się je i pije (woda z kranu to często deszczówka) żeby oszczędzić sobie nieprzyjemności.
| Kamila zagubiona w raju. |


















