wtorek, 24 lipca 2012

Czwarty tydzień mija

Minął już prawie cały miesiąc, z czego ponad trzy tygodnie spędziłem w pracy więc można pokusić się o pierwsze podsumowania, zarówno turystycznej jak i zawodowej strony życia.
Mała uwaga przed podsumowaniem projektu - w nawiasach będą informacje szczegółowe, można je sobie odpuścić, jeśli się nie przepada za biotechnologią.


Udało mi się w końcu ustalić, co kryje się za moim dość enigmatycznym tematem stażu (Mikroskop typu SPIM jako nowatorskie narzędzie do badania procesów w żywych komórkach za pomocą spektroskopii). Mam wyhodować komórki (linia HeLa) i spowodować że 2 z produkowanych przez nie białek będą mogły świecić (transfekcja dwoma ultraczystymi plazmidami, kodują ekspresję GFP). Następnie sprawdzić co się da powiedzieć o tych białkach - czy zbierają się w jakichś konkretnych miejscach w komórkach czy nie, czy można im przypisać jakąś rolę albo co dam radę wymyślić patrząc na zebrane informacje (rejestrując fluorescencję za pomocą mikroskopu techniką spektroskopową FCS, interpretując dane za pomocą specjalnego oprogramowania). 
To jest optymistycznie zarysowany program, opiekun stwierdził że będzie zadowolony jeśli uzyskam dane i zacznę je obrabiać. 



Zaczęły się też powoli klarować plany turystyczne. Po niedawnej wycieczce do Kuala Lumpur doszedłem do wniosku, że nie chcę oglądać tutaj miast. Metropolie są podobne na całym świecie, więc lepiej się skupić na azjatyckich celach takich jak plaże (Bali czy Tioman), świątyniach (Angkor Wat) czy dżungli (Malezja, Filipiny Borneo). Chciałbym obejrzeć jak najwięcej, jednak bilety lotnicze nie są tak tanie jak się spodziewałem. Faktycznie można upolować okazje typu przelot za jednego dolara, ale z lotniska do którego by dolecieć muszę wydać z siedemdziesiąt i wziąć dodatkowy dzień wolnego. Ciężko mi znaleźć w dogodnych terminach bilety tańsze niż 100-200 dolarów (~250-600 złotych), a jeszcze ciężej dogadać się z ludźmi kiedy chcą i mogą lecieć.
Jednak powoli sytuacja się poprawia - wkrótce mają mi zwrócić kasę za bilet i wypłacić stypendium za pierwszy miesiąc i będę miał za co rezerwować. Do tego Krzysiek zarezerwował bilet do Singapuru (o 500 złotych taniej niż ja -.-) i wiem na kiedy można planować wycieczki we wrześniu. Trzeba tylko ustalić gdzie chcemy się udać i zacząć rezerwować. Także nie patrząc na innych zarezerwować sobie to co mnie interesuje i liczyć że i tak ktoś do mnie dołączy. 






Dodatkowo wygląda na to, że w weekend pojedziemy, a raczej popłyniemy promem, do Indonezji. Może być naprawdę ciekawie :)

niedziela, 22 lipca 2012

Niedziela w Chinatown

Miałem pójść i spokojnie poleżeć plackiem na plaży, jednak nie wyszło. Najpierw trzeba było przeczekać najgorszy upał (ok. 11-12), potem przeczekać południowy upał (12-13) i wyjść w niewiele chłodniejszy popołudniowy skwar (trochę przed 15). Na plaży bym się usmażył, zwłaszcza że nie udało mi się wcześniej kupić kremu przeciwsłonecznego. Dlatego dołączyłem do wycieczki po Chinatown, prowadziła Karolina z moim przewodnikiem w dłoni.
Degustacja bułeczek - były słodkie, a w środku miały curry.  W tle uliczka z kramami.
Jest to dzielnica wypełniona niewysoką zabudową. Wbrew nazwie są tu nie tylko Chińczycy, ale naprawdę dużo Hindusów (jest tu kilka hinduskich świątyni) oraz Malajowie.
Typowa zabudowa w Chinatown.
Najpierw przeszliśmy się po handlowej części dzielnicy. Można było dostać niemal wszystko z gwarancją że prawie darmo, niemal gardło-sobie-podrzynam tanio. Udało nam się stamtąd wyjść bez zakupienia czegokolwiek czego trochę żałuję - chciałem kupić pocztówki dalej w trasie, a już nie znalazłem.

Zgłodnieliśmy i zaczęliśmy szukać jakiegoś miejsca na posiłek. Znaleźliśmy jakieś centrum handlowe z mnóstwem stoisk i się zaopatrzyliśmy w obiad. Ani tani ani drogi, za to całkiem smaczny i, o dziwo, nie był pikantny! Oczywiście dopóki nie polałem sosem sojowym z chili, ale to i tak spory wyczyn jak na tutejsze dania.

Smażony ryż z ananasem, jajkiem i krewetkami. Po boku znajomy pomidor i ogórek.
 W tym samym centrum handlowym znalazłem jeden z moich ulubionych znaków - Singapore OK!
Chwytliwe hasło to podstawa sukcesu.

Gdy już opuściliśmy stołówkę i znowu zanurzyliśmy się w ulicach Chinatown, natrafiliśmy na miejsce pełne starszych ludzi. Okazało się, że grają oni w warcaby na świeżym powietrzu - bardzo fajnie to wygląda.
Warcaby
Chodziliśmy od uliczki do uliczki i znajdywaliśmy różne rzeczy. Część już wcześniej znaliśmy i nas nie zaskakiwała (jak choćby bazar na początku), jednak czasem wpadliśmy na coś nowego. Taką rzeczą jest np. poniżej zamieszczone zdjęcie "baru" - nie wiem czy tam naprawdę coś jest, ale nie wygląda zachęcająco.


Zwykłe, niepodpisane drzwi i obok mała, stara tabliczka - wygląda na miejsce z klasą!
 Obejrzeliśmy też dużo świątyń - zarówno hinduskich jak i chińskich. Jedną z nich była najstarsza chińska świątynia w Singapurze, niestety w renowacji. Udało mi się uchwycić tylko kawałek, zanim pan ochroniarz zakazał robienia zdjęć. W sumie wszystkie świątynie są dość podobne, także wielkiej straty nie ma.
Jedno z licznych malowideł w świątyni.
Po paru godzinach spaceru rozdzieliliśmy się z dziewczynami. One poszły szukać atrakcji dalej, mnie niestety wezwał sklep elektroniczny. Obie pary słuchawek z którymi przyjechałem odmówiły posłuszeństwa z lewej strony i trzeba było je zastąpić.

Zrezygnowałem z małych sklepików, bo bardzo nie lubię tego bezpośredniego podejścia sprzedawców (ciężko przejść obok sklepu nie będąc nagabniętym, a jak już się zdradzi cień zainteresowania to 10 minut z głowy na samo zapewnienie że będzie po kosztach). Dlatego pojechałem na Orchard Road, ulicę pełną wielkich sklepów. Dobrze że w metrze się zapytałem jak tam dojechać, bo trafiłem na bardzo życzliwego i pomocnego Singapurczyka. Powiedział mi jak dojechać i gdzie dokładnie szukać sklepu - wystarczyło że od stacji metra parę razy zapytałem o "Takashimaya" i jakoś dostałem się na piąte piętro. Inaczej mógłbym błądzić godzinami, bo nie mają tu w zwyczaju mieć dużo Saturnów czy innych takich w galeriach handlowych. 

Przy okazji ustalania gdzie mam pojechać chwilę pogawędziłem sobie z tubylcem i ku obólnemu zaskoczeniu odkryliśmy że jesteśmy z jednego wydziału. Wprawdzie on z 10 lat temu skończył już NUS, ale też Faculty of Science, coś z genetyką robił. Do tego naprawdę sumiennie podszedł do prowadzenia mnie po mieście - jak sam przyznał głównie dlatego że sam podróżuje i wie jak czasem potrzeba informacji. Gdy zeszło na tematy podróży i dowiedział się że jestem z Europy, przyznał że był ostatnio we Francji i tam też jeździł głównie metrem, bo to najlepsza droga poznania miasta i mieszkańców. To skłoniło go do zapytania jak u nas się jeździ metrem i musiałem jakoś mu wytłumaczyć że w niemal 40-milionowym kraju mamy ok. półtorej linii. Trochę się zdziwił, ale nie drążył tematu - całe szczęście, bo była już moja stacja.

Samo centrum handlowe praktycznie przebiegłem, żeby przypadkiem nie kupić czegoś więcej. Do sklepu dostałem się bez problemu, ale w drodze powrotnej udało mi się zgubić z raz czy dwa. Gdy już udało mi się dostać do metra, pojechałem prosto do hostelu - zmęczony, brudny, sporo uboższy ale generalnie zadowolony ze swojego dnia.

sobota, 21 lipca 2012

Maraton z Batmanem

Znajomi wybierali się dzisiaj na pokaz Batmana: The dark knight rises i mnie zaprosili bym poszedł z nimi. Niestety, nie widziałem drugiej części, a pierwszą już dawno więc chciałem odmówić. Niezrażeni, dali mi 5 godzin i obie części na pendrivie i posadzili przed ekranem.

Przebrnąłem przez filmy, chociaż Batman nigdy nie był moim ulubionym bohaterem. Druga część była naprawdę mocna i zacząłem trochę rozumieć całe zamieszanie wokół tego filmu. Jednak miałem pewne problemy w odbiorze, bo nie miałem napisów, czasem mówili za szybko lub zbyt niewyraźnie, a natłok materiału nie pomagał.

Gdy już uporałem się z dwoma częściami, pojechałem do kina na trzecią. Pomyliłem stacje metra, więc spóźniłem się na film z 15 minut i nie ogarniałem fabuły. Tak zostało już do końca, gdyż chińskie napisy i za szybka dla mnie mowa skutecznie utrudniały mi nadążanie za filmem.

Wrażenia? Film mocno nierówny - miejscami są bardzo dobre sceny, których wrażenie jest zaraz psute czymś bardzo słabym. Patrząc na na niektóre sceny walk widać było sztuczność, a sama postać Batmana miejscami wydawała mi się komiczna - widziałem nie miliardera walczącego ze złem, a podstarzałego faceta w śmiesznym kostiumie, który wie że jest nagrywany. I to dosłownie widziałem - po prostu Bale sprawiał w wielu miejscach takie wrażenie, wątpię by był to zamysł reżysera.

Jednak dobre sceny i przyzwoita (po ogarnięciu w Internecie szczegółów) fabuła pozwalają mi docenić film na tyle, że nie żałuję że wydałem na niego pieniądze. Wprawdzie znam lepsze sposoby na ich pozbywanie się, jednak ten nie był taki najgorszy. Chociaż większą przyjemność czerpałbym z tego jakby nie były to ostatnie godziny ośmiogodzinnego maratonu z nową serią batmana...

niedziela, 15 lipca 2012

Kuala Lumpur


*część zdjęć jest czarno-biała bo coś źle kliknąłem przy przeformatowywaniu. Jakby co mam gdzieś kolorowe, ale nie chce mi się ich szukać.

Mimo strat w ludziach (w ostatniej chwili zrezygnowała Kamila) jakoś rozpoczęliśmy wyprawę – ja, Tomek i Hendrik. Złapaliśmy autobus spod hostelu, który wziął nas na drugą stronę granicy poprzez 2 punkty kontrolne – musieliśmy wysiadać do kontroli po singapurskiej stronie granicy, wsiąść do czegoś, co przejedzie przez most, przejść kontrolę malezyjską, a następnie znów w autobus by dojechać na dworzec autobusowy. Kupiliśmy bilety na autobus który miał jechać do Kuala Lumpur. Wypas – 9 rzędów, po 3 miejsca w każdym, rozkładane miejsca, podnóżki, klima i wszystko za niecałe 40 zł.
Taką wodę sprzedają wszędzie w tych rejonach Azji. Bardzo czysta, w końcu po odwróconej osmozie . I jaka zdrowa....
Niestety, trochę nas oszukali i zamiast do KL zawieźli nas do popularnego miejsca przesiadkowego 50 km od KL. Jako że jechaliśmy nocnym autobusem i przyjechaliśmy o 6:30, musieliśmy jakoś dokoczować do 9 rano, o której był pierwszy autobus.

Lewy pas jakiejś dość ważnej drogi. Fajrant się należy, nieważne gdzie.
Pierwsze wrażenia z Malezji? Ceny, jak na standardy singapurskie: piękne. Jak na polskie: zbliżone, trochę niższe. W sklepach jest sporo mniej amerykańskich rzeczy niż w Singapurze, jest dużo lokalnych bez angielskich podpisów, ale przynajmniej jest guma do żucia! W Singapurze nie sposób normalnie jej dostać, także mogłem sobie radośnie pożuć.

Gdy dotarliśmy do KL najpierw pojeździliśmy metrem i kolejką wąskotorową szukając hostelu (stanęło na YMCA) i biletu powrotnego (wyszło, że o 15 następnego dnia). Straciliśmy niby pół dnia, ale jednak czasu nam starczyło na to, co chcieliśmy.
To jest w jakiś sposób rzeźbione w drewnie, podobno jest to malajska specjalność. Były wszelkie możliwe rozmiary i wzory.

Najpierw wybraliśmy się do Batu Caves – świętego miejsca Hindusów. Są to jaskinie w jakichś wapiennych skałach. Ciekawie to wygląda, bo obok miasta jest dość spora góra, niemal w całości pusta w środku, a tam świątynie. Także małpy i kury, ale wątpię by były to jakieś elementy kultu. Niestety trafiliśmy na okres, gdy otwarta była tylko jedna z trzech jaskiń ale i ta wywarłą na nas duże wrażenie. Gdy już nacieszyliśmy oczy widokami (a brzuchy hinduskimi smakołykami) spoczęliśmy na trochę w hostelu. Nie jest tu tak wilgotno jak w Singapurze, ale prysznic jednak się należy zmęczonemu człowiekowi.
Przed wejściem do Batu Caves.
W jaskini.
Stragan z różnymi hinduskimi specjałami. Nie mam pojęcia co jest w tych workach.

Mieliśmy zamiar przejść się na chwilę na kolację, ale zawędrowaliśmy na bazar w Chinatown. Można było kupić wszystko, pod warunkiem że komuś nie przeszkadzało że kupuje „markowe” rzeczy za dwie dychy. Dużo czasu tam spędziliśmy, ale był to bardzo przyjemny wieczór. Na kolację zjedliśmy po naleśnikowatym placku z serem – roti canai cheese – z jakimś sosem curry.



W niedzielę zerwaliśmy się z samego rana aby dostać się pod Petronas Twin Towers, jeden z najwyższych budynków na Ziemi. Obie wieże są połączone mostem na wysokości ok. 200 metrów i można się tam dostać windą, jeśli się zaklepie bilet. Niestety, przewodnik nas wprowadził w błąd i bilety nie były bezpłatne – 80 zł za wjazd. Zrezygnowaliśmy i przeszliśmy się do drugiej wieży widokowej, niższej i trochę tańszej. Jednak nie na tyle tańszej by nas skusiła – 50 złotych za obejrzenie panoramy to dość sporo.
Petronas Twin Towers
Lunch jadłem bardzo pospiesznie – nie dość, że curry nie było jakieś wybitne, to jeszcze zauważyłem w jadłodajni karaluchy. Nie korciło mnie by tam zostawać, więc przełknąłem i poszedłem. Ale sporo miejsc wyglądało jakby miało podobny standard, w innym widziałem szczura. Chyba taka jest cena jedzenia w miejscu gdzie za posiłek płaci się poniżej 10 złotych.

Obeszliśmy też dzielnicę Bukit Bintang, pełną biurowców, hoteli i sklepów. Znaleźliśmy też park z zachowanym kawałkiem dżungli, jednak byliśmy na tyle zmęczeni że obejrzeliśmy go bardzo pobieżnie. Posililiśmy się w food markecie – większej i czystszej wersji food courtu (te są zwykle na zewnątrz, bądź we wnękach budynków), w klimatyzowanym pomieszczeniu. Wybrać można było z każdej azjatyckiej kuchni, ale poprzestałem na miejscowych wypiekach (smażone bułki z czerwoną fasolą i butterfly – nie wiem co było w środku, ale smakowało jak smażona bułka maślana). Potem wybraliśmy się na nowoczesny, czyściutki dworzec autobusowy i pojechaliśmy do Singapuru.

Słyszy się opinie że w porównaniu do innych azjatyckich miast (poza Singapurem, który jest poza konkurencją) Kuala Lumpur jest czyste i zorganizowane. W tym momencie średnio mam ochotę zwiedzać Bangkok, bo w wielu miejscach KL widziałem ( i mocno czułem) śmieci, a o ile metro było nieźle zorganizowane i w miarę tanie, to był problem z piętrami. Zdarzało się, że z tego samego budynku z trzech różnych pięter można było wyjść na ulicę – zabudowa jest wielopiętrowa i dość zagmatwana, a zakup biletu autobusowego też nam trochę zajął. Miasto oczywiście ma też czyste i nowoczesne miejsca które nadrabiają braki i zostawiają ogólne dobre wrażenie, jednak pewien niesmak pozostał. Ale przynajmniej dodaje Singapurowi uroku na tyle, że nawet dorobił się już metki „domu”.
Na zakończenie - zdjęcie ściany przy schodach ruchomych w metrze. Hitching a ride like a boss!

czwartek, 12 lipca 2012

Blitzkrieg

Ostatnimi czasy zrobiło się spokojnie. Każdy ze stażystów ma pracę od rana do późnego popołudnia, wręcz wieczora - nawet ja, chociaż mam największe luzy i póki co z moich doświadczeń nie wychodzi absolutnie nic. Także pieniądze powoli się wyczerpują, bo jeszcze nam nie wypłacili zwrotu za bilety lotnicze. Niby dzisiaj mija deadline, ale nie wierzę że dostaniemy je przed przyszłym czwartkiem. Dlatego ostatnich kilka dni było spokojnych, główną rozrywką było przejście się kilkaset metrów na kolację albo do sklepu po owoce.

Ale to się skończyło. Mimo chwilowo ograniczonych funduszy zaczęliśmy planować inwazję na Malezję. Na razie plany są dwa, oba przewidują mobilność i niedługą kampanię, stąd blitzkrieg.

Pierwsze starcie my-Malezja odbędzie się już dzisiaj. Zamierzamy jechać do stolicy, Kuala Lumpur. Przekroczymy granicę zwykłym autobusem miejskim (nr 170 o ile się nie mylę), potem znajdziemy jakiś nocny autobus do KL, rano szturmem weźmiemy Petronas Towers a potem się zastanowimy. Odwrót planowany jest na niedzielę, aby od poniedziałku móc znowu wspomagać przemysł singapurski.

Po szybkim kualalumpurskim rozpoznaniu przyjdzie pora na większą bitwę, do której trzeba się przygotować. Wypracowano porozumienie z pracodawcami (czyt. dali nam dzień wolnego), które umożliwi nam skorzystanie z niedrogiego transportu lotniczego na Borneo - trzecią pod względem wielkości wyspę świata. Należy ona w części do Indonezji, a częściowo do Malezji - my polecimy do tej drugiej, do Kota Kinabalu. Logistycznie operacja się rozpoczęła, jako że bilety są już wykupione. Trzydniowa operacja zacznie się na początku sierpnia.

To nie jest koniec naszych planów, aczkolwiek tylko te są na razie w jakiejkolwiek formie przygotowane do realizacji. Osobiście, chciałbym zrobić rajdy na Wietnam, Kambodżę, Tajlandię, Bali w Indonezji i wolnocłową wyspę w Malezji (Pulau Tioman) i ewentualnie na Filipiny.
Jednak chwilowo to już bardziej kwestia dostępnych środków i kwestii porozumienia z sojusznikami co do terminu niż chęci, dlatego nie wiem jeszcze konkretnie nic o tym gdzie, co i jak.

wtorek, 10 lipca 2012

Mustafa!


Myślałem, że dzisiaj nie zaskoczy mnie niczym i będzie nudnym dniem w pracy. Przez pierwsze naście godzin dnia w to wierzyłem, po tym jak poszedłem do pracy, prawie zrobiłem co musiałem i prawie uzyskałem wyniki, które powinienem. Jednak potem pojechałem na umówione z Hendrikiem zwiedzanie legendarnego sklepu Mustafa. Dołączyli do nas Krzysiek i Tomek i po skromnym posiłku zaczęła się przygoda.
Nie wiem co to, ale różowy delfin zasługuje na zdjęcie.
Mustafa – 24-godzinny megastore w którym można dostać wszystko. WSZYSTKO. Wprawdzie nie znalazłem Kałasznikowa, ale może gdzieś leży... Wiedziałem, że na wejściu zamykają Ci plecak żebyś nic nie ukradł taką plastikową opaską, ale ku mojemu zdziwieniu zamknęli mi tylko główną kieszeń plecaka, dwie pozostałe pozwolili mieć otwierane. Może stwierdzili że są za małe żebym ukradł coś wartościowego?
Żywe kraby
Sklep miał pięć pięter, w tym jedno albo dwa pod ziemią. Ciekawe jest to że, są to po prostu wielkie prostokątne hale wypchane towarem i poprzecinane alejkami, a kasy są rozsiane po całym sklepie. Można wziąć towar z każdego miejsca i zapłacić w dowolnym innym, byle przed wyjściem. Taki trochę Empik, ale na zupełnie inną skalę.

Ciężko jest się tam zorientować co gdzie powinno leżeć – np. w poszukiwaniu słuchawek przeszedłem parę pięter i znalazłem je w kilku różnych alejkach w promieniu 10 metrów, po parę sztuk w każdym miejscu, niektóre dublujące się. Zapewne parę pięter i kilkaset metrów dalej też bym je znalazł, w innych konfiguracjach. Można było znaleźć żywe kraby obok jabłek, piwa bezalkoholowego (nie znaleźliśmy ani grama alkoholu, co nas zdziwiło bo to hinduskie a nie muzułmańskie centrum handlowe), kilogramów świeżej wanlilii, pamiątek z Singapuru, ton perfum i kosmetyków, mas ubrań i rzędów gablot ze złotem.
Złoto.

Ceny były przyzwoite, niższe niż w innych miejscach. Trochę się stresowałem że zapomnę że coś trzymam w ręku i spróbuję z tym wyjść, bo wszędzie wisiały karteczki obiecujące więzienie za próbę kradzieży. Sfotografowałem tylko jedną z wielu.

Czasem aż strach iść do sklepu. A nawet jechać metrem, bo filmiki obrazujące wybuchające bagaże w pociągach też są trochę przerażające.
Cieszę się, że wybraliśmy się do sklepu czysto męską ekipą, gdyż pobieżne obejrzenie sklepu zajęło nam ponad 2 godziny. Z chociaż jedną niewiastą myślę że zeszłoby co najmniej 5.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Trzcina cukrowa i chiński sklepik


Nie działo się wiele. Teoretycznie miałem dzisiaj zacząć pracę z plazmidami i komórkami, ale przedtem jednak miałem sprawdzić czy nasz SPIM daje te same wyniki co w Heidelbergu. Tyle że a tu musiałem na Ananda poczekać, a to coś się zepsuło, a to tamto i w końcu zrobiłem maks. 60% tego co mogłem, nawet nie ze swojej winy. I tak późno zmyłem się z pracy...

Wchodząc do pokoju natknąłem się na Hendrika, który zaproponował przejście się parę minut do food courtu. Nie byłem zbytnio głodny, ale poza dwoma tostami, bananem i rosołem z ryżem nic dzisiaj nie jadłem, więc poszedłem raczej z rozsądku. Jedzenie bardzo przyzwoite, kurczak w oleju sezamowym. Nie posiadam zdjęcia, ale na nim i tak nie byłoby widać jego jedynej wady – znowu mięso kurczaka było na kościach.

Popiłem posiłek miejscowym specjałem – świeżo wyciśniętym sokiem z trzciny cukrowej. Jak słyszałem świeży sok, to myślałem że po prostu wyciśnięty dzisiaj, ale nie. Pani wzięła przy mnie dwa patyki trzciny cukrowej, przepuściła przez prasę i podała z lodem. Myślałem że zaśpiewa cenę jak za drinka owocowego, ze 3 dolce a tu niespodzianka – dolar.

Smakowało naprawdę super. Czuć było zarówno cukier, jak i świeżość i posmak ni to owocu ni to trawy. Do tego bardzo skutecznie gasi pragnienie, dlatego jeśli kiedyś będziecie mieli możliwość na pewno spróbujcie.
Po posiłku przeszliśmy się w trójkę po okolicy food courtu, ale większość miejsc (tak jak większość stanowisk gastronomicznych w food courcie) byłą już zamknięta. Jednak wpadliśmy na bardzo dobrze zaopatrzony chiński sklepik. Brakowało chyba tylko świeżych owoców, poza tym było naprawdę niemal wszystko: od wodorostów, przez kapary importowane z Europy po masło orzechowe z galaretką z juesendej. Najbardziej dziwiły ceny, zwłaszcza wyrobów kosmetycznych – były niższe niż w wielkopowierzchniowym, sieciowym supermarkecie! W każdym razie dla wielu produktów które sprawdzałem, pozostałe też były w konkurencyjnych cenach. Ciekawy jestem czy facet robi to na granicy opłacalności, czy hipermarkety koszą taką kasę....