niedziela, 8 lipca 2012

Na krańcu Azji



Dzisiaj zgodnie z obietnicą wybraliśmy się na plażę. Po pobudce koło 10-11 jakoś przetransportowaliśmy się na wyspę rozrywki – Sentosę. Znajduje się tam cała śmietanka burżuazji. Mnóstwo drogich restauracji, sztucznie zrobione plaże, starannie pielęgnowana roślinność i lans, lans, lans.
Inspiracja - Gaudi czy Hunderwasser?
Jest to najbardziej wysunięty na południe punkt Azji kontynentalnej. Można z niego zobaczyć wieczorem piękną panoramę statków (barek, pasażerskich i wszystkiego) oświetlonych jak choinki. 




Jednak zanim zrobiło się ciemno, było jasno. Bardzo jasno. Do tego ciepło wszędzie, też w cieniu palm czy w letniej wodzie. Trzeba dodać, że woda była niesamowicie słona. Mimo to kąpiele byłyby naprawdę spoko, gdyby nie wszechobecne ostrzeżenia o silnych prądach mogących kogoś porwać i widok statków przepływających z kilometr-dwa od nas. Dość specyficznie jest się kąpać z widokiem na frachtowiec. Aczkolwiek i tak wrażenie ogólne pozytywne.


Mimo pobytu w cieniu palmy niemiłosiernie się spiekłem. Fakt, że ten cień ruszył się w trakcie dnia i po pewnym czasie pokrywał tylko połowę mnie, więc może tu leży źródło problemu. Trochę za późno uciekliśmy ze słońca coś zjeść, jednak ceny nie były bardzo zachęcające, ani porcje duże. Wybrałem w końcu „duck porridge” - nie wiem co miało to wspólnego z owsianką, bo tam chyba powinien pływać owies a nie ryż, prawda? A może ja już ich nie odróżniam...W każdym razie było całkiem smaczne.

W takim miejscu można znaleźć dużo niezwykłych rzeczy. Jedną z nich był człowiek przebrany za duriana – bardzo śmierdzący owoc będący swego rodzaju lokalnym przysmakiem. Może o jego zapachu powie coś to, że nielegalne jest przewożenie go metrem...

Spaleni słońcem powegetowaliśmy jeszcze trochę w cieniu palm i zebraliśmy się do hostelu. W sumie jutro czeka każdego z nas jakaś praca, więc trzeba się ogarnąć.

Palmy dają też oparcie. I pełno mrówek.

sobota, 7 lipca 2012

Wiza i włóczęga po dzielnicy wieżowców


*
Czas zalegalizować swój pobyt - tak myślałem udając się na spotkanie w urzędzie wizowym. Jakoś nigdy nie darzyłem urzędów specjalną miłością, ale też mnie jakoś bardzo jeszcze nie odrzucają, więc bez jakichś specjalnych emocji pojechałem zwiedzić tę agencję. Okazało się to całkiem przyjemnym doświadczeniem.
Dostałem wcześniej instrukcję jak dla debila jak dojechać (typu: teraz przejdź przez ulicę i skręć w lewo i zdjęcie dokładnie tego przejścia dla pieszych) oraz instrukcje co robić. Nie dane mi było skorzystać z obiecanej maszyny do check-inu, bo od razu dorwał mnie szalenie pomocny pan, który skierował mnie do właściwego okienka, potem inna, równie pomocna pani skierowała mnie do następnego i w sumie tyle. Zapłaciłem, potwierdziłem że to moje dane i od czwartku mogę odbierać. Jedyna nieprzyjemność jaka mnie spotkała to to, że nie przyjęli mojego zdjęcia (miałem dwa, ale na jednym nie było widać jednego ucha, a na drugim nie było białego tła) i kazali mi zrobić nowe w salonie tuż obok – 5 minut później biedniejszy o 6 dolarów i bogatszy o 3 niepotrzebne mogłem kontynuować.
W Singapurze upamiętniono znanego na świecie Brytyjczyka, będącego Polakiem.

Po załatwieniu formalności postanowiłem powłóczyć się po okolicy. Nie miałem ochoty wracać do hostelu, wiedząc że wieczorem będę wracał w ten rejon obejrzeć pokaz fajerwerków. Komunikacja miejska jest naprawdę droga i wolałem te parę dolarów wydać w inny sposób – skończyło się na tym że kupiłem sobie coś do picia i ruszyłem zwiedzać. Przez dwie godziny przeszedłem sporą część starej dzielnicy kolonialnej, obecnej dzielnicy finansowej i kawałek nabrzeża. Zmęczyłem się trochę i postanowiłem odpocząć w nowootwartym parku bad zatoką – Gardens by the Bay.
Dragonfly pool, czy jakoś tak.



Gdy już do nich dotarłem, to uświadomiłem sobie że nie wziąłem aparatu i robiłem wszystkie zdjęcia telefonem. W dzielnicy wieżowców nie była to taka wielka niedogodność, ale w parku już tak. Był naprawdę bardzo ładny, z wieloma ciekawymi miejscami. Specjalnie nie oglądałem go zbyt dokładnie, by potem mieć większą przyjemność jak już przyjadę tu z aparatem.
Jedna z wielu figur z indyjskiej części ogrodów.
Czas pozostały do odpalenia fajerwerków spędziłem spokojnie czytając sobie książkę na ławce pod daszkiem. Daszek to kluczowy element tego miejsca, ponieważ chronił mnie zarówno od burzy jak i tropikalnego słońca, które regularnie się zmieniały w ustalaniu pogody w moim wyspiarskim mieście-państwie.

W końcu przyszedł czas cofnąć się znad zatoki na nabrzeże by wraz z grupą hostelową (ja, troje Polaków, Niemiec i Chorwatka) obejrzeć pokaz. Miał zacząć się o 19, ale nic specjalnego nie zaobserwowaliśmy. Staliśmy na moście, naprzeciwko boku jakiejś wielkiej sceny, przed którą była wypchana trybuna. Okazało się, że ta impreza dzieje się głównie tam, ale i widzowie tacy jak my też mogli coś zobaczyć. Ku swojemu zdziwieniu zobaczyliśmy jak dwie motorówki marynarki starły się z jednostkami policji w pozorowanej walce, a następnie przeleciały nad nami 3 myśliwce wykonujące akrobacje. Nie spodziewaliśmy się tego, zwłaszcza że to miała być tylko cotygodniowa próba przed narodowym świętem Singapuru, obchodzonym 9. sierpnia. Był jeszcze pokaz fajerwerków i całe mnóstwo niewidocznych dla nas pokazów na scenie. Cóż, chyba przyjęli zasadę „jak się bawić, to się bawić...”

Wszystko skończyło się jakoś po 9, więc wykorzystaliśmy przyjemny wieczór i się przeszliśmy po okolicy i wpadliśmy na food court z miejscowymi specjałami. Daliśmy się tam skusić na satayę – sprzedawane na sztuki małe szaszłyczki z różnych rodzajów mięs, w jakiejś miodowej marynacie i podawane ze słodkim sosem z orzeszków ziemnych. Naprawdę smaczne, szkoda że nie zrobiłem temu zdjęcia. Za to mam kurczaka z ryżem - proste, znane, tanie i sympatyczne danie które zjadłem na lunch - oraz Mee Goreng - czyli po malajsku smażonego ryżu, bardzo dobre i popularne danie z wczorajszego wieczoru.


Jutro wybieramy się na plażę, więc istnieje wysokie prawdopodobieństwo dnia lenia połączonego z piknikiem na plaży.



*(W piątek nie działo się nic na tyle specjalnego, by mieć o czym pisać. Poszedłem do pracy, przez co musiałem zrezygnować z proponowanej mi wycieczki gdzieś do Malezji, skończyłem doświadczenie z którego absolutnie nic nie wyszło i wyszedłem po 9 godzinach do domu. Niestety mam wrażenie, że teraz takich "jałowych" dni będzie więcej, bo cały tydzień będę siedział i coś robił na uniwerku, więc może nie pojawić się dużo notek o Singapurze)

czwartek, 5 lipca 2012

Wiele zachodu (po nic?)


Od rana zabrałem się do pracy żeby pokazać że Polak potrafi. Zrobiłem wszystko przed lunchem i zadowolony z trudem zjadłem jakąś rybę po koreańsku. Była smaczna, ale usmażona na chrupko i bez noża (a tych oczywiście nie ma, tu się je łyżką i widelcem) ciężko ją było rozdrobnić i w końcu, ku uciesze doktorantów z którymi jadłem, wybrałem metodę kombinowaną – trochę palcami, trochę łyżką, trochę widelcem. Do dania poza obowiązkowym ryżem i pseudo-rosołkiem były jakieś dziwne dodatki, które średnio mnie przekonały do kuchni koreańskiej. Jednak nie tracę nadziei że kiedyś lepiej trafię.

Po lunchu chciałem sobie spokojnie obrobić dane zebrane rano i tu wyszło szydło z worka. Wszystko ładnie zrobiłem, poza ustawieniem parametrów zapisu zdjęć i zamiast obrazu z 80 000 klatek zapisałem tylko ostatnią. I tak ponad 20 razy... Powtórzyłem jedną serię i ją zacząłem opracowywać, resztę niestety trzeba będzie znowu wykonać. Przynajmniej już powinienem zawsze pamiętać, żeby to sprawdzać.

Poznałem też współstażystę w moim instytucie, ale nie był zbyt rozmowny. Ciekawszym współrozmócą okazał się  Michał zwany Piotrkiem – zaprosił mnie na weekendowy wyjazd do Malezji na jakąś wyspę. Już nawet zacząłem kombinować przenoszenie spotkania wizowego z soboty, kiedy okazało się że wyjazd jest w piątek rano, a nie jak sądziłem w sobotę. Nie umawiałem się w ogóle z Anandem i mógłbym kiepsko na tym wyjść, jakbym nagle bez uprzedzenie nie przyszedł, mimo że mówiłem że będę i zrobię konkretne rzeczy. Następnym razem...

Gdy to piszę bezskutecznie próbuję połączyć się z Internetem. Jakość mojego wi-fi jest porażająca, dobrze że chociaż w biurze udaje mi się bez problemu połączyć na Skypie z rodziną. Ale może to znak żebym szedł spać i się wyspał, by nadrobić błądzenie w deszczu po złej stronie miasta w środku nocy?

środa, 4 lipca 2012

Nie taki lab straszny, na jaki wygląda


Miało być albo nie być, wyszło raczej na być. Przyszedłem sobie kulturalnie na 9:30 i uważam że to piękna pora by zaczynać pracę. Czyż nie? Zrobiłem to, co miałem zrobić w nawet niezłym czasie i aż do pomiarów czułem się całkiem zadowolony. Fakt, że one nie wyszły jak chciałem był lekko nieprzyjemny, ale Anand twierdzi że jest ok, bo mniej więcej tak miało być.

Po trzech dniach już się ogarniam w miejscu pracy, zaczynam wyczuwać jej rytm i jak używać narzędzi, które mam do dyspozycji. Idzie mi na tyle przyzwoicie, że jutro mam już sam robić zdjęcia (a wątpię by sprzęt kosztował poniżej miliona, dwa lasery, CCD...).

Dowiedziałem się też czym naprawdę będę się zajmował. Mam badać aktywność/ilość białka IQGAP – w dużym skrócie jest to temat okołorakowy. Wątpię bym dostał za to Nobla, ale może okazać się ciekawe.

Jakbym miał więcej czasu, to może bym wrzucił zdjęcia, które dzisiaj robić, ale niestety obowiązki wzywają. Jeden z singapurskich Polaków ma urodziny i trzeba się wybrać. I tak dzisiaj pouprawiałem internetową ekshibicję zamieszczając tyle zdjęć na fejsbuku, poza tym czytelników w sumie garstka ;p

wtorek, 3 lipca 2012

Pierwsze prace w labie


Czas zacząć wprawiać się w robocie. Po przyjściu na uczelnię załatwiłem sobie m.in. umówienie spotkania na odebranie wizy i mogłem spokojnie przystąpić do biurowej rutyny. Tak, zrobiłem sobie kawę i przejrzałem Internet! Wprawdzie nie przepadam za kawą, ale skoro nie ma herbaty to coś pić trzeba.

Gdy już się zebrałem, to przejrzałem parę artykułów i w końcu zaszedłem do laboratorium. Zobaczyłem jak działa mikroskop i jak go obsługiwać, jak przyrządzać do niego roztwory i zamykać je w folijkach. Następnie sam miałem wykonać próbki, a Anand poszedł na jakąś kontrolę lekarską zostawiając wszystko w moich rękach. Mimo problemów (tak, te cyferki na etykietkach jednak są po to by na nie patrzeć, a nie zakładać ich wartości....) jakoś dałem radę zrobić część tego co powinienem i zrobiliśmy pierwsze zdjęcia wykonanego przeze mnie preparatu. Na razie słabe, bo i preparat nie jest najlepszy ale zawsze coś.

Wyszło też niestety, że fizykę zdałem, ale niekoniecznie pamiętam wszystko o świetle. Niestety trzeba doczytać trochę o różnych zjawiskach towarzyszącym światłu. Cóż, nikt nie obiecywał że będzie lekko.

Za to udało mi się zjeść lunch i obiad łącznie za niecałe 5$ - całkiem niezły wynik! Pocieszony tym osiągnięciem wróciłem do hostelu i przeprowadziłem się z dwójki do czwórki. Pokój jest w znacznie lepszym stanie niż poprzedni i jest bliżej do łazienki – niby parę metrów ale zawsze. Poszedłem sobie pobiegać i odkryłem na pobliskim kampusie NUS boisko na którym było mnóstwo ludzi – na pewno ponad setka. Część biegała, część grała w kosza, piłkę nożną i parę innych sportów. Zrobiłem na bieżni parę kółek i potruchtałem z powrotem do hostelu.

Na zakończenie dnia poczytałem trochę o optyce i pogadałem z polsko-niemiecko-chorwackim towarzystwem. Czas zleciał szybko, ale trzeba się zbierać. W końcu jutro pokaże jak naprawdę mi się pracuje w labie - wczoraj było intro, dzisiaj test a czeka mnie test bojowy.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Pierwszy dzień w pracy


Kiedyś trzeba było to zrobić. W końcu przejechałem się do NUSu aby rozpocząć swój staż! Sprawdziłem opcję z darmowym autobusem dowożącym studentów z jednego kampusu na drugi – jako że mieszkam niedaleko tego drugiego poczułem się uprawniony do skorzystania. I faktycznie, dojechałem komfortowo, bez przeszkód i za darmo. Z powrotem trochę gorzej, ale dlatego że się trochę spieszyłem nie miałem czasu czekać na ten i pojechałem komunikacją publiczną.

Gdy już dojechałem do właściwego kampusu mogłem wziąć następny autobus albo przejść się na piechotę. Niestety, wybrałem to drugie i się wraz z Karoliną zgubiliśmy i ostatecznie pojechaliśmy autobusem – ponad pół godziny później. W końcu dotarliśmy do budynku S-8 gdzie urzęduje pani, która miała nam pomóc w umówieniu się na odbiór wizy. Ucieszyłem się widząc jej imię na pierwszym boxie w administracji, niestety był on pusty – mam spróbować jutro. Z poczuciem że się mocno spóźniam (miałem być zamiar o 9 na uczelni, a do swojego zakładu wszedłem o 10) wkroczyłem do Centre of Bioimaging Science – mojego miejsca pracy. Zapytałem pierwszą osobę z brzegu co mam robić i okazało się, że nie ma jeszcze nikogo z zespołu mojego profesora i muszę poczekać. Dostałem stanowisko do siedzenia, boxik którego będę już teraz na stałe używał. Otrzymałem też dostęp do Wi-Fi jako gość, a wkrótce także kabel żeby podłączyć się bezpośrednio pod sieć. Po mniej niż pół godzinie zgłosił się po mnie człowiek, który zaprowadził mnie do osoby z którą naprawdę będę pracował – sympatycznego, młodego Hindusa imieniem Anand.



Tak zaczęło się przygotowanie do zawodu. Zaczęło się od otrzymania zeszytu laboratoryjnego, a następnie wycieczki po przestrzeni biurowej (biurka, komputery, lodówka, ekspres do kawy) i laboratoryjnej (mikroskopy konfokalne, zwykłe, komory laminarne i mój obiekt badań – mikroskop SPIM). Po krótkim wykładzie połączonym z pokazem poszczególnych części poczułem się zaznajomiony z mikroskopem na tyle, że przystąpiłem do lektury przesłanych mi przez Ananda artykułów. Gdy już trochę ogarnąłem o co chodzi dostąpiłem zaszczytu uczestnictwa w szkoleniu BHP – niby nic ciekawego, ale nie umarłem z nudów jak na PW, może dlatego że wszystko trochę inaczej wygląda. No i jest nowocześniejsze – wcześniej najczęściej widywałem pojedyncze sztuki takiego wyposażenia, albo tylko o nich słyszałem, Tutaj było wszystko w jednym miejscu, czyste, nowoczesne, funkcjonalne.


Po ustaleniu co mam robić jutro pospieszyłem do hostelu, aby spróbować zmienić swój dość zapuszczony pokój na troszkę lepszy, ale z większą ilością współlokatorów. Udało się i od jutra będę mieszkał w 4, z Polakiem, Niemcem i Japończykiem. Zadowolony, stwierdziłem że nie muszę już dzisiaj pracować i oddałem się poszukiwaniom tanich przelotów w okolicy. Znalazłem promocję na lot Singapur<->Bali (70 SGD, czyli ok. 180 zł) we wrześniu i zaproponowałem polsko-niemieckiej ekipie. Mam nadzieję, że się uda i że spędzę prawie tydzień na Bali.

Dzień podsumowałem stwierdzeniem, że trzeba oszczędzać by wystarczyło na wszystko pieniędzy i zakupem mandarynek, żeby jednak było co jeść w trakcie oszczędzania.


niedziela, 1 lipca 2012

Leniwa niedziela

1.07
Jako że jutro zaczynam właściwą singapurską przygodę stażową poświęciłem dzisiaj na odpoczynek. Wyspałem się i bardzo luźno spędzałem czas. Próbowałem zmienić pokój z mojej dwójki na czwórkę ze znajomym Niemcem, jego współlokatorem Japończykiem i moim dotychczasowym Polakiem, ale nie było kobitki odpowiedzialnej za pokoje – trzeba będzie spróbować jutro. W końcu wybraliśmy się na spacer do Botanic Gardens, najbliższego parku z wieloma tematycznymi pod-parkami.



Jeziorko!

Tam też zjedliśmy dobry obiad (nawet prawie wiedziałem co jem!).

 Potem przyszedł czas na zasłużony odpoczynek i poleniliśmy się na trawce. Zbierające chmury wygoniły nas do hostelu, ale jako że wciąż nie padało poszedłem pobiegać. W końcu trzeba być w formie, a bieganie jest tutaj bardzo powszechne.


Na moje oko wygląda trochę jak żebra wystające z kręgosłupa..





Aż roiło się od takich kwiatów.

















Bardzo przyjemnie było pobiegać nieźle oświetlonymi ścieżkami ogrodu botanicznego, chociaż szkoda że aby się tam dostać muszę przebiec przez duże skrzyżowanie. Długie światła naprawdę przeszkadzają... Ale to nie uniemożliwiło małęgo treningu z którego jestem bardzo zadowolony – dobrze się biega w tym klimacie, chociaż woda leje się z człowieka litrami. Jeśli jutro nie będę czuł nic złego w nogach trzeba będzie biegać ze 2-3 razy w tygodniu.