niedziela, 14 października 2012

Ostatki

Jeśli ktokolwiek jeszcze czyta, to małe ogłoszenie: prawdopodobnie jest to ostatni post. Kiedyś napisałem mini-artykuł o Singapurze i Singapurczykach, jednak nie wiem czy kiedykolwiek go wrzucę.



Ech, były czasy...



Siedzę już spokojnie w domu, uciekając od wszystkiego co może wiązać się z konstruktywną pracą - czy to kolokwium czy praca dyplomowa. Dlatego postanowiłem uzupełnić relację o ostatnią wycieczkę - notowałem sobie uwagi raz na jakiś czas i powinienem dać radę odtworzyć to, co się działo.

Wszystko zaczęło się 28 września - był to ostatni dzień w pracy. Zacząłem od przedstawienia grupie moich wyników - z dawna przygotowywana prezentacja w połączenia z naprędce przygotowanym wystąpieniem zostały odebrane całkiem dobrze. Jako że tego dnia był także TGIF, nie żegnaliśmy się już rano - zaczekaliśmy do wieczora.

Wprawdzie mój lab składa(ł) się ze wspaniałych ludzi, jednak nie umieli się oni bawić. Gdy już pojawiło się darmowe jedzenie i piwo (zakupione przeze mnie ale z jakiejś składki) to wpadli na chwilę coś przegryźć, a potem wrócili do pracy. Trochę pogadałem z różnymi ludźmi, niekoniecznie od siebie i zacząłem się zbierać. Wtedy przechwycił mnie prowadzący, więc trzeba było się z nim pożegnać. Po standardowym podziękowaniu za wszystko z obu stron, wymieniliśmy się podarunkami. Ja dałem Ptasie Mleczko (mimo iż podobno przez krótki czas pracował we Wrocławiu, to widział po raz pierwszy), a mi został ofiarowany doktorat, a konkretniej możliwość zrobienia go za granicą (mimo iż wiedziałem że dość często proponują to stażystom, to i tak byłem mocno poruszony). Nie będę tego zbytnio komentował, do teraz nie wiem co o tym myśleć. Ważne, że nie muszę się decydować na szybko - wprawdzie mogę zacząć już w zimę, po obronie inżyniera, ale nic nie stoi na przeszkodzie przyjechać później. W sumie nieźle, lubię Polskę i Polki (Polaków czasem też) bardziej niż Singapur z towarzystwem.

Wciąż trochę ogłuszony pojechałem świętować z Henrykiem, Tomaszem i dziewczynami na Clarke Quay. Usiedliśmy kulturalnie na moście i się napiliśmy aż do oporu, przy okazji łamiąc klucze Tomka w próbie otwarcia wina. Było to pożegnanie z Tomkiem i Henrykiem, bo następnego dnia w sumie wstaliśmy, zjedliśmy razem pożegnalny lunch i już ich więcej nie widziałem - szkoda, przyzwyczaiłem się do nich. Potem okazało się, że Henryk zostawił mi trochę jedzenia i swoje zdjęcia podczas mojej nieobecności - dzięki za to!

Wycieczkę do Tajlandii zaczęliśmy dość odmiennie, w każdym razie w porównaniu do poprzednich wycieczek - z lotniska w Singapurze. Polecieliśmy Tiger Airways na wyspę Phuket, gdzie znaleźliśmy sobie hotel. Poszliśmy zwiedzać najbliższą okolicę i znaleźliśmy to, co udało mi się ominąć w Bangkoku - dzielnicę świateł i kobiet wątpliwej płci. Przeszliśmy tę ulicę kilka razy, chłonąc niezwykłe, a czasami dość odpychające widoki (wyraz niechęci i obojętności na twarzach tańczących wystarczał by nie miało się patrzeć, nawet jeśli miały fajne ciała...). Doszliśmy do plaży po której się spokojnie przeszliśmy i tak zakończył się nasz pierwszy dzień w Tajlandii.


Następnego dnia rano pojechaliśmy do portu skąd wzięliśmy rano prom na wyspę Ko Phi Phi - niezwykle turystyczne miejsce. Kiedyś nakręcono tu chyba jakiś film i spokojne wysepki zamieniły się w kurort pełen turystów. Widoki były niesamowite - woda turkusowa, piasek niemal biały, światło niemal oślepiające, zieleń intensywna. Po zakwaterowaniu się wybraliśmy się na snorkeling i przez pół dnia pływaliśmy longtail boatem po okolicy oglądając rafy koralowe pełne ryb, jeżowców i czego tam nie bądź. Raz nawet zobaczyliśmy żółwia morskiego, niestety z daleka i krótko. Zdjęć nie mam za dużo, jedynie to co udostępniła mi Karolina - zdołałem popsuć drugi aparat w ciągu wycieczki.... Poza tym odwiedziliśmy Monkey Beach, Viking Caves, park narodowy na jakiejś pocztówkowej wysepce. Wieczór spędziliśmy na plaży w okolicy beach barów. Po zakupie wiaderka z colą, redbullem i miejscową whisky usiedliśmy sobie i oglądaliśmy imponujące fireshow z płonącymi pojkami, kijami, limbo i skakanką. Na te dwa ostatnie też się załapaliśmy - za podejście dawali w końcu kielonek.


Pierwszego dnia października popłynęliśmy dalej promem - do miasta Krabi. także jest to bardzo turystyczne miejsce i do tego dość urokliwe. Dzień w sumie trochę stracony, bo długo zeszło z promem, a na miejscu pogoda średnia i plaża mało atrakcyjna - poza świetnymi formacjami skalnymi tuż nad brzegiem morza nie było wiele atrakcji. Plaża była mulista, woda szarawa, trochę małp które nas kompletnie ignorowało - ratowało to wszystko tylko zjawiskowy zachód Słońca. Gdy na mieście próbowaliśmy znaleźć Night Market i coś zjeść, znaleźliśmy tylko stoiska z owocami, a w jakiejś knajpce dostaliśmy dość losowe rzeczy: ja bardzo kwaśnego kurczaka, a Karolina też kurczaka, tyle że w postaci.. kurzych łapek. Błe.

Drugiego października mieliśmy iść na kajaki, nawet je wykupiliśmy ale się nie dogadaliśmy co do odbioru nas z hotelu. Dlatego odebraliśmy kasę (zwrócili bez problemów) i pojechaliśmy łódkę do Riley - plaży tuż obok Krabi, ale oddzielonej górami więc dostać się można tylko łódką. 

Jak widać, na miejscu było znowu ślicznie. Spóźniliśmy się na wszystkie zorganizowane atrakcje, to poleżeliśmy na plaży, zjedliśmy obiad w restauracji z widokiem na morze, popływaliśmy godzinkę kajakiem i obejrzeliśmy kolejny zachód Słońca. Jako ukoronowanie takiego przyjemnego dnia zafundowałem sobie masaż tajski - i wciąż jestem zdania że khmerski był lepszy.
Pineapple rice!
Następny dzień znowu zaczęliśmy barbarzyńsko wcześnie - poszliśmy na wschód Słońca koło 6 - był fajny, zwłaszcza gdy można było zaobserwować jak daleko cofnęło się morze.
Tam gdzie widać kamienie wcześniej była woda.
Wyprawiliśmy się znów do miasta, skąd złapaliśmy lokalny bus do Phuket. W Phuket trochę zajęło nam korzystanie z transportu publicznego, ale daliśmy radę dojechać na plażę tuż koło lotniska. Po znalezieniu noclegu po raz kolejny poszliśmy spędzić wieczór na plaży - najbrudniejszej na jakiej byliśmy, aczkolwiek jedzenie w knajpkach było niezłe i niespecjalnie drogie. Tym miłym akcentem zakończyliśmy naszą przygodę z Tajlandią, bo następnego dnia z rana pojechaliśmy na lotnisko, skąd wróciliśmy do Singapuru.

W samym Singapurze wile już nie zdziałałem - odebrałem czek, wpadłem na chwilę do labu pożegnać się ludźmi, zjadłem z nimi kolację i pojechałem do Jonathana. Niestety, miał on trochę alkoholu z bezcłówki i następnego dnia mocno męczył mnie kac. Jednak musiałem dać radę i pojechałem na zakupy pamiątek i jedzenia oraz odzyskania pieniędzy z czeku i kaucji za pokój. Wieczorem, nie mogąc usiedzieć w hostelu, wymeldowałem się i pojechałem na lotnisko gdzie wyrzuciłem parę kilo swoich rzeczy, by chcieli mi nadać bagaż. Spotkałem Karolinę i jej ludzi z labu którzy przyjechali ja pożegnać oraz Jonathana. Miło było zobaczyć, że chciało im się jechać tak daleko tylko by powiedzieć cześć.

Sam lot bez fajerwerków - jedzenie niezłe, obsługa przyjazna i nienachalna, fotele dość wygodne. Zdrzemnąłem się trochę, ale niewystarczająco. Po wylądowaniu we Frankfurcie koło 6 musieliśmy poczekacć 5 godzin na przesiadkę, ale też nie udało mi się usnąć. Przynajmniej posortowałem trochę zdjęć i łatwiej usnąłem już w swoim łóżku.


Drogi Czytelniku, Czytelniczko: jeśli dotrwaliście aż dotąd - gratuluję i dziękuję za uwagę i czas poświęcony moim wynurzeniom. Jeśli mogę o coś prosić - daj mi znać, może być prywatnie, jak Ci się podobała moja relacja - z chęcią się dowiem czy udało mi się ciekawie odmalować swoją podróż oraz nad czym w strefie literackiej muszę popracować. Do usłyszenia! :)

środa, 26 września 2012

Objazdówka

*nie mam niestety wszystkich zdjęć, jest dziura na dni 23-24.09

Po tym jak spędziliśmy spokojnie dwa pełne dni w Singapurze nadszedł czas na wyjazd. Zakupiłem przez Internet bilety na podróż Johor Bahru – Kuala Lumpur na 23 i uznałem, że mogę pojawić się chociaż na chwilę na urodzinach znajomych. O ile było fajnie, to mógł to być błąd – przechodzenie po drinku przez granicę muzułmańskiego kraju chyba nie było najmądrzejsze. Przynajmniej przekazałem Jonathanowi kabanosy (ale się ucieszył!) i pogadałem z Nawani, znajomą Francuzko-Khmerką, która opowiedziała mi trochę o Kambodży i czego można się spodziewać. W autobusie jakiś pan zapytał czy mówię po angielsku, a następnie wręczył mi miejscową gazetę bym mógł sobie poczytać – żałuję że zrobiłem to dopiero następnego dnia, artykuł w którym opisywano My Little Pony mnie powalił na kolana.
Chcę by ten film powstał!
Już na dworcu autobusowym okazało się, że coś jest nie tak z naszym biletem – wydrukowałem wszystko, co mi przesłali do 19, czyli potwierdzenie zapłaty. Wyszło na to, że potrzebują późniejszego papierka i jest problem. W końcu pojechaliśmy na podstawie potwierdzenia przelewu i moich odręcznych notatek, opisujących firmę i miejsce odjazdu.
Wstawka jeszcze z Singapuru - wizyta w moim laboratorium i focia z mikroskopem (którego w życiu nie używałem, ale i tak wygląda fajnie)

Do Kuala Lumpur dotarliśmy o 4 rano. Myślałem, że kierowca będzie jechał trochę wolniej i dojedzie o ludzkiej porze, ale najwidoczniej czas to pieniądz. Woleliśmy przeczekać na dworcu półtorej godziny (no, bliżej dwóch) niż płacić w dolarach po śmiesznym przeliczniku za taksówkę i muszę stwierdzić, że jest to super budynek z jedną poważną wadą – jak na największy dworzec autobusowy w stolicy sporego kraju razi brak kantoru.
Krzysiek pod Petronas Towers.
Gdy już ruszyła kolejka/metro jakoś dotelepaliśmy się za posiadane drobne do hostelu, gdzie mimo wczesnej godziny dali nam zarezerwowany pokój. Następnie chodziliśmy po okolicy w poszukiwaniach kantoru i zrezygnowani wybraliśmy się pod Petronas Towers. Widok, jak poprzednio, imponujący. Bryła stali, betonu i szkła sięga nieba, w otoczeniu same wieżowce, a w środku burżujskie centrum handlowe. Tu już zacisnęliśmy zęby i poczekaliśmy do otwarcia kantoru, a po zakupie ringitów i wymianie części z nich od razu na dolary amerykańskie (praktycznie oficjalną walutę Kambodży) wybraliśmy się pod miasto obejrzeć jaskinie Batu. Byłem tam już raz, ale uznałem, że warto to pokazać Krzyśkowi, a także dlatego że nie miałem lepszego pomysłu na KL. Jaskinie nie zawiodły, a dojazdy pożarły trochę czasu i pozwoliły się zdrzemnąć. Po przejściu się po Chinatown poszliśmy spać, gdyż zarówno przyjechaliśmy wcześnie jak i musieliśmy jeszcze wcześniej wstać – samolot o 6:50 z lotniska 30 kilometrów pod miastem to nie jest nic.

W piątek rano, po przejściu przez dość podejrzanie wyglądające okolice o parszywej godzinie (mimo której wciąż byli na ulicach ludzie – głównie jedli w mobilnych knajpkach). Dotarliśmy na lotnisko z zapasem i spokojnie doczekaliśmy krótkiego lotu do Siem Reap – bazy wypadowej do zwiedzania świątyń Angkoru. Wiza została przyznana od razu, a taksówkarz szybko zawiózł nas do hotelu. Zostawiliśmy rzeczy i ruszyliśmy zwiedzać.
Na samym początku był mały zgrzyt – zepsuł się motor w naszym tuk-tuku. Ten pojazd to generalnie motor z przyczepką, w której są miejsca do siedzenia i daszek. Szybko wymienili nam pojazd wraz z kierowcą – tym razem zamiast mrukliwego chłopaka ze zdezelowanym motorem dostaliśmy batmobil i Youro.
Youro i Batmobil
Dokładnie tak – nasz kierowca nazywał się tak jak europejska waluta, a jego czarny tuk-tuk był ozdobiony motywami z Batmana. W tym towarzystwie cakiem miło spędziliśmy dzień.
Zaczęliśmy od daleko położonych świątyń Banteay Shrei, Banteay Srem. Poza tym odwiedziliśmy też muzeum min lądowych i świątynię Pre Rup.
Banteay Shrey
Banteay Shrei, od której zaczęliśmy jest o tyle charakterystyczna, że została zrobiona z piaskowca, który lepiej od innych materiałów zniósł tysiąc lat tropikalnego klimatu. Dodatkowo, wszystkie rzeźby są tu mniej więcej na wysokości oczu zwiedzającego zamiast na suficie, a jest co oglądać – autentycznie ma się wrażenie że są trójwymiarowe.
Shrey było otoczone przez pola ryżowe.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o muzeum min lądowych, które okazało się dość mocnym przeżyciem – niech Muzeum Powstania Warszawskiego się schowa, tutaj przynajmniej część ofiar świadomie wybrała ten los. To muzeum, dzieło człowieka który walczył na kilku frontach od skończenia 10. roku życia, choć nie jest pewny swego oryginalnego imienia ani daty urodzin. Zobaczył tyle okropieństw na wojnie, że postanowił coś zrobić dla kraju, a że znał się na minach, to zaczął deminować kraj. W muzeum była tylko część jego kolekcji rozbrojonych ładunków, wraz z wykopanymi karabinami, rusznicami przeciwpancernymi, grantami… Całości dopełniała sensowna wystawa o sytuacji w Kambodży i ogólnie o masowych morderstwach w ciągu ostatniego wieku. Naprawdę robi wrażenie, warto dać trzy dolary (które i tak idą na sierociniec dla ofiar min) i spędzić tam trochę czasu.
Tylko część z wykopanego z lasów niebezpiecznego złomu.
W Banteay Srem wpadliśmy na Tomka i umówiliśmy się z nim na później – miał nam opowiedzieć gdzie i jak zgubił Kamilę i Karolinę. Srem było trochę inne od Shrei, ale ciężko to opisać bez zdjęć albo jakichś architektonicznych szczegółów. 
Shrei
Shrei
Dość powiedzieć, że wszystkie świątynie były super, ale:
1)     To faktycznie są ruiny – tu się coś zawaliło, tam nie ma przejścia itd.
2)     Budynki się różnią, ale dla laika nie są AŻ tak różne
3)     „One dolar, please. Buy (cokolwiek)” Wszędzie dzieci i bardziej podrośnięci cwaniacy oferujący pamiątki, pocztówki, owoce, napoje, usługi przewodnika, rękodzieło i co tam jeszcze. Idą za Tobą przez całkiem spory kawałek nie przejmując się Twoim „nie” i są naprawdę namolni. Po pierwszym dniu jak tylko widziałem kogoś wyglądającego na lokalnego, starałem się iść naokoło…
Wieczorem zjedliśmy sobie obiad i poszliśmy na wyśmienity khmerski masaż – 5 dolarów za godzinę masażu przez niewidomego. Podobno mają oni lepsze wyczucie – nie znam się na tym, ale mogę powiedzieć, że naprawdę bardzo mi się to podobało. Umówiliśmy się z Tomkiem na wspólne zwiedzanie i pożegnaliśmy.
Pora deszczowa zagwarantowała niewiele turystów
W sobotę zaczęliśmy relatywnie późno, bo o 7:30. Zrobiliśmy tzw. dużą pętlę, pokrywającą najważniejsze świątynie w centralnej części kompleksu i kawałek dalej. Jako że jest pora deszczowa i dość często pada ludzi nie było specjalnie dużo i można było spokojnie oglądać Angkor Wat, Angkor Thom, Ta Prohm i jeszcze jedną. Małe urozmaicenie, w każdym razie dla architektonicznych laików bez żywego przewodnika, ale z książką w dłoni. Robiły duże wrażenie, ale da się to, jak wcześniej, sprowadzić do konkluzji: Imponujące, że budowali takie rzeczy w czasie gdy chrzczono Polskę, ale teraz to się sypie.
Srem
Wieczorem spotkaliśmy się w końcu z dziewczynami – okazało się, że okradziono je w Phnom Penh, zanim wyruszyły łódką obejrzeć jakąś wioskę po drodze do Siem Reap. Dobrze że tylko z części pieniędzy… Poszliśmy na sławny (podobno) night market gdzie trochę się naszukaliśmy i potargowaliśmy, ale koszulki dostaliśmy.
Znowu poszliśmy wcześnie spać, bo plan na następny dzień przewidywał wschód słońca w Angkor Wat (przez chmury – nic specjalnego) a potem autobus do Bangkoku. Mimo naszych obaw autobus ruszył o czasie i dość szybko dojechał do granicy, gdzie wbrew internetowym zapewnieniom, że idzie szybko i sprawnie przekoczowaliśmy w najgorszym upale ze dwie godziny. W międzyczasie Krzysiek zgubił naklejkę pełniącą rolę biletu i trzeba było dokupić miejsce w autobusie, co dodało trochę nerwów do wyprawy. Następnie minibusikiem pojechaliśmy do Bangkoku. Podróż przebiegła dość sprawnie, ale i tak trwała ok. 12 godzin zamiast obiecywanych 7-8, głównie przez postój na granicy. W stolicy Tajlandii znaleźliśmy hostel tuż przy głównej turystycznej ulicy i poszliśmy się rozejrzeć.
To już w Singapurze - uczę Szopena.
Jedno słowo: chaos. Drugie: naganianie. Tak mniej więcej wygląda Bangkok, jeśli jesteś turystą. Co chwilę chcą Ci coś sprzedać korzystając z różnych technik, od niemal żebrania, przez zagajanie rozmowy po podawanie ręki i niemal prowadzenie siłą do swojego sklepiku. Miłym akcentem na koniec dnia był tajski masaż, który był bardziej rozciągający niż „uciskowy” w porównaniu do khmerskiego. Ubawił mnie też pewien pijany Brytol – gdy poprosiłem kelnerkę o hasło do wi-fi i mi je wpisywała do telefonu podszedł z wyciągniętą Nokią 3310 głośno twierdząc że on też chce. Ciekawa próbazdobycia jej numeru, niestety nie przyjął odmowy cicho i zagłuszał muzykę śpiewaną na żywo przez całkiem utalentowaną Tajkę. Ukoronowaniem wieczoru jednak było patrzenie jak tajskie jedzenie pokonuje Krzyśka – zawsze lubił ostre rzeczy, ale tu dosłownie zrobił się mokry na twarzy i każdy kęs musiał popijać. Moje zielone curry też nie było łagodne, ale daleko mu było do tego poziomu ostrości.

Następnego dnia zaczęliśmy od przejścia się według znalezionego w necie przewodnika „Jeden dzień w Bangkoku”. Zaczęliśmy od wyprawy na brzeg kanału, by obejrzeć resztki fortyfikacji i buddyjskie świątynie. Po drodze zostaliśmy zagadani przez niezliczoną liczbę taksówkarzy (do tych nie mam pretensji) oraz kilku lokalnych naganiaczy i przynajmniej trzech „nauczycieli” – przedstawicieli najpopularniejszego szwindlu w okolicy. Zyskuje się zaufanie ofiary poprzez zgadania, zapytanie skąd się jest, stwierdzenie, że się jest nauczycielem „w tej szkole” i machnięciu ręką w dowolnym kierunku. Następnie powinien naciągnąć naiwnego turystę do zakupu srebra/klejnotów/czegokolwiek do odsprzedania we własnym kraju. Za każdym razem szybko się wykręcaliśmy, ale nie było to przyjemne. Lokalni często próbowali nas przekonać, że atrakcja do której idziemy jest zamknięta i powinniśmy iść z nimi do jakiegoś innego posągu Buddy – wariacja na temat poprzedniego oszustwa. Poraziła mnie jednak skala tego przedsięwzięcia – niemal każdy Taj, który do nas zagadywał kłamał. Doprowadziło to do tego, że przestaliśmy im ufać w ogóle i nawet jak chłopak czyszczący podłogę w którejś ze świątyń chciał być uprzejmy, to go spławiliśmy, bo myśleliśmy że i on nam zaraz powie że świątynia w sumie jest zamknięta. Raz nawet się zdarzyło, że jakiś człowiek próbował nas wyciągnąć ze świątyni, w której już byliśmy, krzycząc że zamknięta. A obok tabliczka że otwarta, a w środku turyści... Po prostu żal.
Po paru próbach i błędach oraz pewnej ilości błądzenia udało nam się skorzystać z szybkiego tramwaju wodnego, czyli po prostu dużej motorówki traktującej rzekę jak kolejną linię metra. Ciekawy sposób wykorzystania wody w mieście, chociaż nie jestem pewny czy to brązowe to na pewno była woda – skojarzenia z Ankh Morpork są jak najbardziej na miejscu.

Gdy obejrzeliśmy już kilka świątyń (wszystkie dość podobne do siebie, więc nie kusiło by szukać następnych) przejechaliśmy się do nowej części Bangkoku – na Siam Square. Przejażdżka SkyTrainem (metro, tyle że kilkanaście metrów nad ziemią) była przyjemna – nie dość że klimatyzowana, to przez 20 minut nikt nas nie próbował okłamać ani nigdzie zaprowadzić. Po obejrzeniu burżujskich cen (i przygotowaniu się do targowania wieczorem) wróciliśmy taksówką w ponoć legendarnym korku. Zanim znaleźliśmy taksówkę która użyje taksometru straciliśmy trochę czasu, ale oszczędziliśmy połowę wartości kursu – tak brzmiała oferta tych nieuczciwych.
Na miejscu postanowiliśmy znowu spróbować masażu, tym razem samych stóp – znowu było fajnie, ale wciąż wolałem masaż khmerski. Gdy weszliśmy do knajpki coś zjeść nagle się rozpadało i zalało całą ulicę po łydki. W budynku naprzeciwko nas było jakieś zwarcie i oglądaliśmy ewakuację ludzi i przyjazd półnagich strażaków – całe szczęście nic poważnego się nie stało. Jednak deszcz utrudnił plany zakupowe na wieczór – część kramów była zamknięta, do wielu trzeba było brodzić w wodzie wątpliwej czystości. Ale udało się. Do zewnętrznej baterii kupionej przed deszczem dołączyło trochę pamiątek i można było zakończyć dzień. Warto odnotować, że Tajowie faktycznie po pierwszej sprzedaży danego dnia biorą otrzymane pieniądze i uderzają nimi o pozostałe im przedmioty – ma to je zachęcić do sprzedania się szybciej i za więcej. Wygląda bardzo sympatycznie.
We wtorek, ostatni dzień wycieczki, wstaliśmy na autobus który o 7 miał nas w 45 minut zawieźć na lotnisko na lot o 9:45. Jedyne co się sprawdziło, to czas wstanie. Busik spóźnił się pół godziny, jechał z 75 minut, a samolot odlatywał o 9:25. Zdążyliśmy do samolotu, ale zamiast spokojnie zjeść śniadanie na lotnisku dotarliśmy zdyszani do wejścia do samolotu z 10-15 minut przed odlotem. Mało jak na międzynarodowy lot…

JetStar, australijska tania linia mnie pozytywnie zaskoczyła w porównaniu z AirAsią. Oferowała więcej miejsca na kolana, a stewardesy miały ładniejsze mundurki. Niestety ceny posiłków miała takie same jak AA, tyle że w dolarach – ponad dwa razy większe. Dlatego zjedliśmy dopiero w Singapurze.

W mieście lwa pojechaliśmy do mnie, przepakowaliśmy rzeczy Krzyśka i poszliśmy zwiedzać Botanic Gardens. Rozkoszowaliśmy się atmosferą, gdzie każdy przechodzień nie próbuje nam czegoś sprzedać albo gdzieś skierować wbrew naszej woli, a następnie zakończyliśmy azjatycką wycieczkę Krzyśka poprzez napchanie się do pełna pysznym lokalnym jedzeniem.
   

Tyle podróży na razie, ciąg dalszy w sobotę. Kierunek: Tajlandia, Phuket.

A dla biotechnologów: barwinek różowy! Dr Pilarek powinien się ucieszyć.

środa, 19 września 2012

Travel time

Zaczęło się wielkie podróżowanie. Wprawdzie może trochę niefortunnie czasowo, bo zbiegło się z czasem kiedy zacząłem otrzymywać jakieś wyniki, ale już dawno ustaliłem że będę miał kilka dni wolnego. W dodatku przyjechał do mnie brat, by pozwiedzać Azję więc trzeba to wykorzystać. Jedyna wada wspólnego podróżowania to to, że on dzierży aparat, więc ja zdjęcia będę miał dopiero za jakiś tydzień.
Standardowe śniadanie w hinduskiej knajpce.
Zaczęliśmy od wycieczki do Malezji na wyspę Penang w piątek. Bardzo ładnie wyrobiliśmy się czasowo, bo Krzysiek przyleciał do Singapuru o 16, a o 21 już lecieliśmy z lotniska po malajskiej stronie granicy na północ. Penang, często utożsamiany z jego największym miastem, Georgetown, leży niedaleko tajskiej granicy ale znany jest głównie z kolonialnej architektury i bycia przez pewien czas stolicą kolonii brytyjskich w tym rejonie. Nawet wpisali go na listę UNESCO, chociaż nie jestem pewny czy na to zasługuje.
Chińska świątynia na Penang Hill

Na Pulau Penang spędziliśmy dwa przyjemne dni. Dzielnicę kolonialną i Little India obejrzeliśmy w jeden wieczór, bardziej przypadkiem niż celowo - szukając fajnego miejsca do jedzenia, a nie idąc zwiedzać. Dlatego sobotę spędziliśmy pod miastem, oglądając jedną z największych świątyń w Malezji (z podróbką świebodzińskiego pomnika, bo jak to tak można mieć wielką figurę bogini miłosierdzia jak nie po to by kopiować?), Penang Hill górujące nad całą wyspą oraz ogrody botaniczne w których było więcej małp niż dostępnych dla zwiedzających pawilonów.
Mi się tam kojarzy z heksanem...

W niedzielę wezwał nas park narodowy, najmniejszy w Malezji. Przeszliśmy się kawałek dżunglą co nie było ani łatwe ani trudne z punktu widzenia trekkingu, ale niesamowicie męczyło i odwadniało. Za to doszliśmy do kawałka plaży i mogłem popatrzyć jak Krzysiek zażywa pierwszej kąpieli w azjatyckim morzu - sam byłem na to za leniwy. Przy okazji obejrzeliśmy też meromictic lake - dwuwarstwowe jezioro. Bliżej powierzchni znajdowała się słona morska woda pochodząca z przypływu, a pod nią była rzeczna i słodka woda. Wygląda niemal jak zwykłe jezioro, ale jest to unikat, na świecie podobno jest tylko 19 takich.
W lesie tropikalnym.
Penang podobno jest jednym z najlepszych miejsc jeśli chodzi o jedzenie, ale jakoś nie zauważyłem specjalnej różnicy. Może jadłem w niewłaściwych miejscach? Wszystko było dobre, a nasze wegetariańskie hinduskie śniadania wręcz pyszne, ale nastawiając się na niesamowite przeżycia nie mogłem oprzeć się pokusie by pomyśleć "a myślałem że będzie [jeszcze] lepsze".
Na krańcu parku narodowego.

Po nocnym powrocie do Singapuru nastąpiła krótka przerwa. Krzysiek wyruszył na eksplorację miasta, a ja do pracy, w każdym razie na trzy dni. Pierwszego dnia wieczorem udało nam się bezczelnie wbić na basen hotelowy na 57. piętrze hotelu gdzie najtańszy pokój to 500 dolarów za noc i tylko gościom hotelowym przysługuje prawo do korzystania z niego. Widok na miasto z perspektywy jacuzzi - bezcenny, chociaż sporo nerwów przy wchodzeniu było.

Nasi ziomkowie z foodcourtu w Malezji.
Wtorkowy wieczór to oglądanie jednego z najbardziej znanych i najstarszych food courtów w Singapurze oraz wycieczka na wyspę Sentosa - centrum kurortów, drogiej rozrywki i najbardziej wysunięty na południe punkt kontynentalnej Azji.

Środa to preludium do wielkiego skoku - dzień zaczynamy normalnie, ale wieczorem wybieramy się do Johor Bahru by złapać nocny autobus do Kuala Lumpur. W stolicy Malezji spędzimy jeden dzień, a następnie kontynuujemy tournee samolotem o 6:50 lecąc do Kambodży pozwiedzać świątynie Angkor Wat koło miasta Siem Raep. Po dwóch-trzech dniach liczymy na jakiś autobus do Bangkoku, gdzie po jednym-dwóch dniach czeka nas samolot powrotny do Singapuru. Ja pewnie będę odsypiał albo pisał raport końcowy z praktyk, podczas gdy Krzysiek obejrzy jeszcze kawałek miasta i wieczorem wróci do Europy. Ciekawe ile będzie to wszystko odsypiał...

Satay!
Jako że czeka nas dość ciężki, ale obfity w wydarzenia weekend pozwolę sam sobie życzyć powodzenia, bo nieprzyjemnych niespodzianek nikomu nie potrzeba, zwłaszcza gdy dużo rzeczy może nie pójść tak, jak sobie człowiek zaplanował.

poniedziałek, 10 września 2012

Obfity koniec tygodnia



Wodospad, a co.

Piątek nie zapowiadał się specjalnie. Myślałem że może skoczymy gdzieś z chłopakami na piwo czy pogramy w monopol, ale wyszło inaczej.
Zaczęło się od tego, że rano zastanawiałem się dlaczego nie widzę nikogo z labu. Potem okazało się, że przegapiłem spotkanie grupowe, co mnie bynajmniej nie ucieszyło, ale żadnych konsekwencji poza tym nie było. Swojej pracy nie posunąłem w ogóle do przodu, za to pomogłem zarówno Klausowi jak i Xue Wen – z każdą osobą zrobiłem raz transfekcję, by pokazać jak to robię na tej konkretnie maszynie. Gdy powoli zbierałem się do hostelu zostałem zapytany czy nie chciałbym się przejść do Gardens by the Bay z chińską grupą, na co przystałem.

W trakcie gdy czekaliśmy na brata Xue Wen w metrze dorwałem się do 7-eleven (Żabki) i kupiłem sobie zupkę chińską na wynos, po części z głodu po części dla zabawy – w Polsce jakoś nie widziałem takiej opcji. Potem poszliśmy do kas i kupiliśmy bilety na wejście do szklarni Cloudy Forest - 11 dolarów, po zniżce. Tutaj miejsca do zwiedzania czy zabawy są albo bezpłatne albo bardzo drogie...
W środku było bardzo przyzwoicie – zwiedzanie zajęło nam z półtorej godziny i obejrzeliśmy wszystko co przygotowali, od wysokiego sztucznego wodospadu, poprzez film o tym jak będzie wyglądać Ziemia gdy średnia temperatura wzrośnie o 5 C aż do orchidei, rosiczek i innych egzotycznych roślin.
Owadożerna roślina.
Niestety nie udało nam się wejść na Skyway – most między dwoma wieżami, dający zapewne wspaniały widok na zatokę i ogrody – ponieważ kropiło, a BHP nie pozwala wchodzić w czasie deszczu. Dlatego przeszliśmy się po burżujskim Marina Bay Sands (galeria, gdzie Armani jest chyba z tych tańszych), chłonąc cudzy luksus i zbytek. Widok na hotelowe kasyno też był wspaniały.
Skyway i sztuczne drzewa.
Część, może ćwiartka, kasyna.
W sobotę zaplanowaliśmy labowego grilla. Wprawdzie miejscowi Polacy się za to na mnie trochę obrazili (mieliśmy żegnać Michała, ale z nim się umówiłem na później, a przełożyć grilla nie miałem jak), ale nie można mieć wszystkiego. Przedpołudnie spędziłem w cudownie swojski sposób – czytając książkę i grając na kompie. Skuszony obietnicami gór jedzenia nie jadłem tego dnia praktycznie nic i bardzo dobrze zrobiłem – jedzenie braliśmy potem do domu torbami, bo nikt nie był w stanie już jeść.
Nie spodziewałem się, że ten grill tak dobrze wyjdzie. Wprawdzie zaczęliśmy z niemal półtoragodzinnym poślizgiem, jednak potem było tylko lepiej. Było mnóstwo miejscowych specjałów (sataye, płaszczka, skrzydełka kurczaka z sosem orzechowo-chili), piwo (niewiele, a i tego praktycznie nie piłem, żeby nie było że Polacy to tylko by pili) oraz ludzie. Odbyła się całkiem niezła integracja, przy dużym udziale dzieci jednej z doktorantek. Trójka dzieciaków w wieku 1,5-5,5 szalała przy piłkach i rakietkach do badmintona wciągając w to różnych członków zespołu. Była też jedna bardzo ciekawa okoliczność, która dla miejscowych może być wadą, ale dla mnie była nie lada atrakcją: park był położony nad morzem, a dokładniej koło doków. Także z jednej strony mieliśmy drzewa, alejki i trawę, a z drugiej żurawie i kontenery, co gwarantowało ciekawe, a w każdym razie niecodzienne, widoki.
Huragan ognia jak w CNK - tyle że w CNK jest cały czas a tu dwa razy dziennie.
Niedziela miała być dniem muzeów. Poprzedniego dnia wszyscy zgodnie mi polecali, żebym poszedł do Asia Civilization Museum i do Nationa Orchid Garden. Zacząłem od orchidei, bo są dziesięć minut spaceru ode mnie. O ile nie jestem wielkim miłośnikiem kwiatów, o tyle muszę stwierdzić że bardzo mi się podobało. Po pierwsze trafiłem na promocję (student wchodzi za darmo, bilet normalny kosztuje pięć dolców), po drugie kwiatów było duża ilość. Prezentowały wiele kształtów, wymiarów, imion (była cała alejka dla orchidei nazwanych imionami vipów czy celebrytów). 
A w Botanic Gardens siedzi sobie Szopen.

Po godzinie zwiedzania przemieściłem się do Science Center, odpowiednika CN Kopernik w Warszawie. Tu już musiałem zapłacić jak dorosły, a szkoda. Wystawa była bardzo wyraźnie skierowana do dzieci, a sporo eksponatów było już dość zużytych – często nie działały przyciski czy wyświetlacze dotykowe. Wszystko było podzielone na sektory tematyczne, a co godzinę były rozmaite pokazy (np. cewki Tesli czy ognisty huragan) co zapewniło że nie dałem rady już iść do ACM. Przeszedłem całe muzeum, chociaż wiele nowych rzeczy się nie dowiedziałem. Ale cóż, ta placówka ma za zadanie szerzyć wiedzę o nauce wśród dzieci, a nie studentów politechnik. Warto było przyjść, z tego też powodu by się przekonać, że Polak potrafi – CNK wcale nie jest gorsze.
Głosowanie na ulubiony wzór. Oczywiście pV=nRT

niedziela, 2 września 2012

Chińska niedziela

Kolejny leniwy dzień w mieście. Były plusy, były minusy a jeszcze wieczór przede mną.

Od jakiegoś czasu nosiłem z zamiarem wyprawy na południowy zachód miasta, żeby zwiedzić park w którym są dwa parki tematyczne: Chinese Garden oraz Japanese Garden. Jednak według przewodnika Lonely Planet który odziedziczyłem po poprzednim lokatorze mojego pokoju (na marginesie: wszystkie LP jakie dotychczas widziałem były świetne. Polecam!) nie warto się tam wybierać na cały dzień, tylko na przechadzkę jakoś po załatwieniu innych spraw. Dlatego poszukałem czegoś innego na ran.. wczesne popołudnie.


No cześć...
W końcu zdecydowałem się na niedaleką wycieczkę, bo tylko 5 stacji metra. Wprawdzie przewodnik chciał żebym jechał metrem, ale jako starszy datą (bo z 2005 roku) nie mógł wiedzieć że w międzyczasie otworzyli nową linię metra, która zawiozła mnie pod sam park. Ta szybka dezaktualizacja przewodnika nieźle świadczy o tempie rozwoju miasta.
Wejście
Moim celem była Haw Par Villa. Jest to park zbudowany przez bogatych braci Aw Boon Haw i Aw Boon Par położony wokół willi w której niegdyś mieszkali. Co wyróżnia ten park na tyle, żeby można było znaleźć opinie że to najdziwniejszy park w Singapurze?
Roześmiany Budda
Otóż w środku było mnóstwo wielkich rzeźb i instalacji które ukazywały chińskie wierzenia i mitologię. Po obejrzeniu części i przeczytaniu niektórych podań muszę stwierdzić, że Chińczycy mieli swoje Hollywood już parę tysięcy lat temu. Rzuciło także sporo światła na motywy z Dragonballa czy Naruto.
Hollywood niech się schowa ze swoimi walkami.
Co mnie najbardziej zdziwiło? Opowiastka o niedźwiedziu. Jest w mądrości ludowej, opisana też przez Mickiewicza opowiastka o dwóch przyjaciołach, którzy spotkali niedźwiedzia. Jeden uciekł, drugi udawał nieboszczyka. Niedźwiedź pochylił się nad "truposzem", a następnie odszedł. Gdy potem przyjaciele porozmawiali, okazało się że niedźwiedź przed odejściem powiedział "Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie". I Chińczycy mieli dokładnie taką samą historię. Nie wiem tylko skąd u nich jest i na kiedy się datuje, niestety nic o tym nie było. Jednak ciekawie odkryć zbieżność kultur.
Niedźwiedź.
Jedna z kar za grzechy - rzucenie na zbocze pełne wystających ostrzy.

Jednak najbardziej znanym motywem z tego parku jest wręcz brutalna ekspozycja przedstawiająca chińskie piekło. O dobrych ludziach mówi tyle, że pierwszy z siedmiu sędziów przepuszcza dobrych dalej przez złoty albo srebrny most, a reszta będzie ukarana za grzechy. I tu zaczyna się podróż przez mroczne, pełne krwi i okrucieństwa obrazy. Nie zachęcają by zabierać dzieci do środka i się temu nie dziwię - jak jedną z kar jest przywiązanie do rozżarzonego miedzianego słupa i usmażenie, do tego przedstawione dość realistycznie...
Sąd w zaświatach.
Park oceniam bardzo pozytywnie, fajne miejsce na spędzenie godziny-dwóch.

Następnie udałem się do wcześniej upatrzonego Chinese Garden. Chciałem tam przejść się po parku, obejrzeć chińskie pagody, japońskie bonsai i muzeum żółwi. Z tego wszystkiego wyszło tylko muzeum żółwi, ponieważ park ogólnie był zamknięty - przygotowują się do dużego Festiwalu Latarni za tydzień i zamknęli park na czas przygotowań. Wpuszczają tylko ludzi do Muzeum Żółwi jeśli się kupi bilet przy wejściu do parku, a następnie troskliwie Cię tam prowadzą, żebyś się nie zgubił.
Mulan w parku.



Samo muzeum bardzo mi się podobało. W środku można było obejrzeć mnóstwo żywych żółwi - od sadzawki pełnej małych szkrabów (a pomiędzy nimi pływała sobie jaszczurka wodna), poprzez największego na świecie słodkowodnego żółwia rzecznego po okazy z całego świata. Były zarówno żółwie w pancerzach płytowych jak i w skórzastych, małe, duże, samice i samce. Żałuję tylko że ich największa atrakcja, mutacja o dwóch głowach i sześciu nogach, umarła w grudniu 2009 roku i nie miałem okazji go obejrzeć. Wynagrodziłem sobie to patrząc jak ludzie karmią gady - można było przy wejściu kupić sałatę i patrzeć jak pociesznie wcinają.


Ciekawe dlaczego akurat ta figurka najbardziej kojarzyła mi się ze słowem Żółw...

Gdy uznałem że mi wystarczy, wróciłem do hostelu zahaczając o sklep. Kupiłem kilogram ananasa, po raz kolejny zapominając, że jak go zjem to mnie będą piec usta, ale i tak uważam że warto dla tego smaku trochę pocierpieć. Aż po powrocie sprawdzę jakie ananasy zwykle sprzedają w Polsce - tutaj zwykle jadam malajskiego ananasa miodowego, bo jest zarówno najtańszy jak i pyszny.

Multum żółwi.

sobota, 1 września 2012

TGIF w koronach drzew

Jak rozwinąć skrót z tytułu? Jak wyjaśnił mi to Anand oznacza to "Thanks God It's Friday" i przekłada się na miły wieczór z piwem.
Z początku myślałem że po prostu kilka osób z CBIS (~mój zakład) się umawia raz na jakiś czas w piątek i wypiją piwko, dwa i wszystko. Potem, gdy znany mi tylko z widzenia doktorant zapytał mnie w środę co będę chciał pić w piątek (zdziwiła go odpowiedź "najtańsze", jakby w życiu nie pomyślał o tym kryterium. A tu nie chodzi nawet o cenę, to jest styl życia!) zacząłem podejrzewać coś większego. W piątek rano znalazłem dodatkową lodówkę w biurze oznaczoną karteczką "Na napoje na TGIF", a po powrocie z lunchu natknąłem się przed biurem na... w pełni wyposażony w jedzenie stół z napisem "Dla uczestników TGIF". Okazało się że to regularne wydarzenie, organizowane zwykle w tym samym tygodniu co comiesięczny gościnny wykład jakiegoś profesora. A że kilka dni temu był człowiek z Zurychu* i opowiadał o fizykochemii powierzchni, wypadało że ten piątek jest TYM piątkiem.
Muzeum Narodowe.

 Jednocześnie mnie to ucieszyło (no bo jedzenie!) a z drugiej zmartwiło (właśnie zjadłem..), ale stwierdziłem że nie ma się co zastanawiać, tylko przyspieszyć robotę, skończyć jak najszybciej i skorzystać z iventu integracyjnego. W życiu tak szybko nie zrobiłem transfekcji, mam tylko nadzieję że wyszła - od tego w sumie zależy czy będę miał jakieś wyniki na koniec stażu czy nie. Ale wyniki zawsze przegrywają z darmowym jedzeniem. I piwem.

Popołudnie było całkiem sympatyczne, choć wbrew intencjom organizatorów ludzie i tak siedzieli w grupkach swoich labów (mamy kilka grup badawczych w jednym biurze). Większość mojego labu albo miała zajęcia/pilną pracę, albo jej nie było więc posiedziałem trochę z ludźmi z innych grup, głównie oglądając ostatnich Piratów z Karaibów (swoją drogą film wydawał się słaby). Ale i tak integracji wielkiej nie było i bez żalu zmyłem się na zaproponowaną przez Krzyśka Noc Muzeów.

Po prawdzie było to coś pomiędzy Nocą Muzeów a Juwenaliami - na terenie dwóch czy trzech muzeów były darmowe, wieczorne i nocne wystawy, a na Uniwersytecie Zarządzania koło nich były jakieś koncerty. Muszę bardzo pochwalić Muzeum Narodowe - od zewnątrz wygląda jak stary, europejski budynek a w środku pełna nowoczesność. Oraz całkiem ciekawe wystawy, chociaż ta o sukniach ślubnych jakoś mnie nie zachwyciła. Za to ciekawe były żyrandole, wystawa fotografii studenckiej czy popisy akrobatów dla dzieci.
Wahadłowe kandelabry
Gimnastyka artystyczna z udziałem publiczności.
Wystawa zdjęć i na niej dylemat - kebab czy stanik?


Z kolei w sobotę postanowiłem pozwiedzać trochę Singapur. Jako że reszta polskiej ekipy, poza Krzyśkiem, pojechała do Bangkoku miałem trochę czasu dla siebie. Postanowiłem obejrzeć MacRitchie Reservoire. Jest to po prostu zbiornik słodkiej wody - wielkości małego jeziora - wokół którego zachowali kawałki lasu równikowego, zrobili ścieżki i otworzyli dla turystów.
Małpa się nie przejmowała tym, że ludzie robią jej zdjęcia.

Trasa miała 11 kilometrów i była zróżnicowana - szedłem najpierw przez uporządkowany las tropikalny, potem wzdłuż brzegu wyglądającego wypisz-wymaluj jak Jezioro Nidzkie czy wzdłuż pola golfowego, którego krawędź przypominała swojską łąkę i skraj Lasu Kabackiego. Największą jednak atrakcją okazała się ścieżka nazwana Tree Top. Nazwę miała bardzo adekwatną, bo był to długi na z 200 metrów most linowy zawieszony na poziomie koron drzew. Można było z niego popatrzeć na dżunglę z góry, obejrzeć panoramę lasu z jeziorem i wieżowcami w tle i w ogóle się pozachwycać. Szkoda że aparat, wskrzeszony na krótko, bez obecności śrubokręta odmówił współpracy. A było czemu robić zdjęcia, było mnóstwo małp, sporo jaszczurek i niemało pięknych widoków.

Ścieżka wzdłuż rezerwuaru.

W każdym razie bardzo podobał mi się sposób w jaki spędziłem dzisiejszy dzień. Fajnie jest spędzić trochę czasu z ludźmi, ale 2 miesiące praktycznie bez przerwy jednak trochę działają na nerwy, zwłaszcza jak człowiek przyzwyczaił się do tego że jednak ma trochę czasu sam dla siebie. Dlatego przez resztę wieczoru radośnie będę czytał książkę jedząc pomarańcze.
Wspominałem że widziałem sporo małp?


* Swoją drogą Szwajcar poza nudnymi naukowymi rzeczami powiedział coś ciekawego: jak bawili się powierzchnią, hydrofobowością i tymi sprawami akurat był wyciek ropy do Zatoki Meksykańskiej. Dlatego zrobili, raczej dla sztuki lub przyszłych katastrof, torebki które zanurzone w zaropionym morzu oddzielają wodę od ropy. Twierdził że produkcja jest tania i szybka, więc może następnego wycieku ropy nie będzie trzeba już nazywać katastrofą? Oby.